Menu główne
- Startowa
- ____________________
- Wydarzenia
- Informacje bieżące
- Konkursy/Stypendia
- Zarząd Oddziału
- Publikacje
- Członkowie Oddziału
- Galerie
- ____________________
- Spis oddziałów
- Statut Stowarzyszenia
- Historia Stowarzyszenia
- ____________________
- Kontakt
Nasi Darczyńcy
STANISŁAW JERZY KULIŚ
właściciel Jamy Michalika
za wspieranie działalności SPP

Licznik odwiedzin






Gościmy
Naszą witrynę przegląda teraz 3 gościNasi Mecenasi
i Dziedzictwa Narodowego
Urząd Miasta Krynicy
„Klasztor żeński” (poezje, Kraków 1988), „Słabość” (powieść, Lublin 1991), „Bliskie spotkanie” (nowela, Kraków 1997), „Prometea” (miscellanea, Kraków 2002), „Drugie skrzydło” (dramat w zbiorze „Nie jesteś wyspą w morzu ludzi”, Warszawa 2004), „Przepraszam, czy tu głaszczą?” (powieść dla dzieci, Kraków 2004), „Narzekania Rzeki” (bajka, Łódź 2007).
Interesuje się naukami społecznymi, astronomią, biologią – szczególnie ornitologią, entomologią i chiropterologią (nie mylić z chiromancją). Sympatyzuje z zielonymi, leży jej na sercu, aby inne żywe istoty nie płaciły zbyt wysokiej ceny za zachłanność i wygodnictwo ludzi. Lubi Mozarta, Brahmsa, amerykańskie piosenki z lat 40-tych i Kabaret Starszych Panów. Poezję Leśmiana i prozę Schulza. Podróże i przeprowadzki. Większość czasu spędza z mężem i kotem w Brukseli. Ma córkę Zofię oraz wnuki Stasia i Helenkę.
TANGO BABKA
Będziesz babką.
Będziesz babką.
Będziesz babką.
Będziesz babką.
Będziesz babką.
Będziesz babką.
Będziesz babką.
Będziesz babką.
Będziesz babką.
Będziesz babką.
Będziesz babką.
Będziesz babką.
NA NOWYCH ŚMIECHACH
Ach witaj, moja miła kuzynko, Sklerozo.
Zagraj teraz na flecie swoim jucznym mrówkom.
Bądź pozdrowiony, zacny wuju Alzheimerze.
Tylko kto dzisiaj kupi pluszowe traktaty
Dziękuję ci, litościwa ciotko Amnezjo
Pięć wygłodniałych zmysłów znów będzie czyhało
Z PODNIESIONYM CZOŁEM
Zanim odejdziesz - naucz mnie umierać.
Wolniej umieraj, bo właśnie się uczę.
* * *
Między piekłem a niebem -
MAŁA SYRENKA
Jesteś już zdrowa. Zdrowa jak wieloryb.
Jesteś już mądra. Chytrzejsza od siebie.
CHORE MIEJSCA
Nie mam przy sobie żadnej z ran,
Czasami je odwiedzam, by
LEKCJA MUZYKI
Przestraszona odwagą, bladością zuchwała,
Smyczkiem przeczyła strunom. Wszystkim się zdawało,
Ramionami ku górze niebezpiecznie rosła.
Nauczyciel jej mówił, mrużąc jedno oko:
A niech cię... aniołowie znajomi ostrzegą,
Uważaj, bo melodia w gwiazdy wyrzucona,
Choćbyś sobie o struny pokrwawiła ręce,
Obniż tylko instrument, a zgubione dźwięki
Zwiesiła ciężką głowę i z ziemi czytała,
INWOKACJA DO ŁABĘDZIA
Łabędziu, czy ci nie żal, gdy tak się ciebie wstydzę
O, żenujące piękno, tandeto na dwóch nogach!
Białe boa w pogoni za zwiędłymi szyjami,
A mogłeś być nadgęsią. Niewiele brakowało.
Gdy mi uwijasz w rzęsach przenajpuszystszą bzdurę,
Jaka tam ze mnie Leda. Ja jestem z innej fali.
Smutna historio lutni poduszką uduszonej,
MOST PIŁSUDSKIEGO
Du-dum, du-dum, du-dum!
Ten mój ulubiony most - jeśli nie liczyć słodkiego jak marcepanowa ozdoba na torcie londyńskiego Tower Bridge - nosi imię Marszałka Piłsudskiego, a ja... ja... Ja sympatię do Marszałka dziedziczę w prostej linii po dziadku ze strony matki, który był jego imiennikiem i wielkim zwolennikiem. Zresztą, ten most podoba mi się z jeszcze banalniejszego powodu - dlatego że jest najładniejszym mostem w Krakowie.
Wcale nie trudno być najładniejszym mostem w tym mieście mostów brzydkich i nielicznych. Większość z nich to asfaltowe kładki zaopatrzone w niskie barierki. Projektowali je ludzie nie mający pojęcia o tym, do czego służy most, najwyraźniej nieświadomi tego, co się w nas dzieje, gdy przekraczamy rzekę, zmieniając skrętność naszego prywatnego wewnętrznego wszechświata z prawej na lewą lub odwrotnie – jakbyśmy przechodzili na drugą stronę lustra. Doprawdy most, nawet najmniejszy, musi mieć w sobie coś z triumfalnej bramy, żeby można było na nim choć trochę świętować podniosłą chwilę przekroczenia granicy między światami.
Poza tym, mówiąc prosto z mostu, trakt biegnący w poprzek rzeki nie może być brzydszy od samej rzeki. Czy to wypada, żeby klamra była brzydsza od warkocza? Czy ściąganie włosów gumką-recepturką nie jest charakterystyczne dla zaniedbanych kobiet, które mój dziadek nazywał pogardliwie flądrami, używając określenia pochodzącego z czasów, gdy wiadomo było jak odróżnić fantazję od niechlujstwa?
Kobiety bywają flądrami z lenistwa, inaczej niż rzeki, które nawet gdy są mętne i powolne to i tak przedstawiają cud aktywności w otoczeniu bezruchu. Cud przemijania – czytaj: rozwoju - w zalewie pozornego trwania czyli stagnacji. Wieczną aluzję do rewolucyjnych spostrzeżeń Heraklita wydrapaną na ścianie ponurego, parmenidejskiego więzienia. No i wreszcie: rzeka to przecież elementarny wykład filozofii tao wraz z załączonym, naocznym doWODEM. Najwyższa dobroć podobna jest wodzie. Woda przynosi korzyści dziesiątkom tysięcy rzeczy, mimo iż z nikim nie walczy. Pozostaje ona w najniższym położeniu, w którym żaden człowiek nie chciałby się znajdować. Dlatego zbliża się ona w swym podobieństwie do tao – mówi Mistrz Lao. Ale cicho, sza!, bowiem mówi także: Ci, którzy znają zasady tao nie rozpowiadają o nich na wszystkie strony, a ci którzy rozpowiadają, na pewno ich nie znają.
Tak, tak. Mosty to tylko z pozoru praktyczne sposoby forsowania wody. To w pierwszym rzędzie pomniki na jej cześć, a kto nie wierzy, niech sobie obejrzy te z Londynu, Paryża, Pragi i Budapesztu.
Naturalnie przy Tower Bridge albo Moście Karola krakowski Most Piłsudskiego to zaledwie skromna klamerka na średnio grubym warkoczu Wisły. Grunt, że schludna. Szaroniebieska, ażurowa, zaokrąglona. Z daleka podobna do skromnej biżuterii ozdobionej co prawda zakurzonym, ale jednak – skarabeuszem. – Mój mały skarabeusz – tak go pieszczotliwie czasami nazywam, ale po cichu, żeby nikt nie słyszał, bo to porównanie mogłoby wywołać pusty śmiech u tych, którzy ponad wszystko na świecie przedkładają dosłowność. Ci, z pewnością śmialiby się jeszcze głośniej, widząc, jak rozpędzona zawrotnym lotem zwalniającego tramwaju posuwam się niekiedy w skojarzeniach dalej – tak daleko, że myśl mi biegnie od Mostu Piłsudskiego w Krakowie aż na bruk paryskiego Trocadero, pod wybryk konstrukcyjny pana Gustawa Eiffela.
Ha, ha! Nie ryczcie proszę, bo i ja nie mogę się powstrzymać, a chcąc się powstrzymać mimo wszystko, muszę wymyślić jakąś obronę tego bezczelnie naiwnego porównania. Wraz z obroną mostu... Zastanówmy się chwilę... Czy oba te żelastwa nie są czasem hołdami - no, powiedzmy: hołdem i hołdzikiem - złożonymi wierze w postęp i nowoczesność?
Co prawda Gustaw Aleksander Eiffel zbudował swoją wieżę dla czystego szpanu o prawie pół wieku wcześniej, co prawda ma ona 300 m. wysokości i nabita jest 25 milionami nitów, podczas gdy Most Piłsudskiego ledwo sięga w kłębie drugiego piętra, a nitów ma zaledwie parę tysięcy, ale...
Czy nie lepiej mimo wszystko być bezpretensjonalnym mostem na rzece niż niedokończonym mostem do nieba? Czy nie lepiej podobać się bezdyskusyjnie wszystkim niż wzbudzać wstręt u tak poważnych osób jak Aleksander Dumas albo Guy de Maupassant? Czy nie lepiej ozdabiać skromną klamerką warkocz Wisły niż chwiać się nad Sekwaną jak widmo Godzilli – kretyńskiego potwora stworzonego przez japońskich filmowców?
Wyższość Mostu Piłsudskiego nad Wieżą Eiffela uznajemy za udoWODNIONĄ, choć szczerze mówiąc tak się on ma do idei postępu jak te skręcane śrubkami metalowe klocki z mojego dzieciństwa, z których razem z dziadkiem Józefem próbowaliśmy robić słonie i żyrafy albo domki i mosty. I nigdy nam one nie wychodziły – nigdy nie wyglądały jak te na załączonych w instrukcji obrazkach, ale zawsze były jakieś krzywe, chwiejne, niecałe...
Eiffel też się chyba znudził swoimi klockami, bo ostatecznie pomógł jeszcze postawić w Nowym Jorku Statuę Wolności i zajął się czymś zupełnie innym. Samolotami – czyli prawdziwymi mostami do nieba oderwanymi wreszcie od ziemi.
Czy nie o tym bębni odlotowo krakowski tramwaj na tur-tur-tour--eiffelowskim, błękitnoszarym moście nabijanym nitami?
Owszem, i o tym, ale przede wszystkim o tym, że malkontentowi Piłsudskiemu nie podobały się rzeki, zwłaszcza, gdy mu się kładły w poprzek drogi. Wisełka taka szara – wyzłośliwiał się w „Moich pierwszych bojach” – płaska (czy może być większa obelga dla istoty rodzaju żeńskiego?), zerkająca oczkiem na obie strony, jakby szukała gdzieś za ladą małego sklepiku, kto by kupił za trzy grosze towar i ją całą.
Nie lepiej myślał o innych: A ta głupia Nida! Powiadają, że Żeromski ją właśnie nazwał „wierną rzeką”. Płynie leniwie, jak w puchach, w błocie i wierna jest. Komu? Chyba tym błotom.
Jeśli ktoś pieścił w sobie romantyczne wyobrażenie Marszałka, miłującego ojczystą ziemię bez względu na jej konsystencję, może poczuć się zawiedziony. Zwłaszcza, że to nie koniec obelg – zaraz oberwie się i „męskim” rzekom. Dunajec? Proszę bardzo: Gdzież jest taka głupia rzeka, co wbrew naturze góry gwałtem przewierca. (Od razu widać, że nasz Naczelnik zwiedził Niagara Falls, ale już Colorado Canyon nie było mu po drodze...) O Popradzie jeszcze gorzej: Czego on oszalał, czego mu się zachciało zerwać jakieś pęta u tych leniwych bab rzecznych, by tyle nam napsocić?
Wygląda na to, że Marszałek, już na przełomie roku siedemnastego i osiemnastego, w twierdzy magdeburskiej, był skłonny do zwady - choćby z samym sobą - i „gorączka prędki” choć przecież spokrewniony po matce z Billewiczami a nie: Kmicicami. Nieprawda więc, że charakter mu się zepsuł dopiero tuż przed zamachem majowym. Osobiście mu się zresztą wcale nie dziwię. Skoro go nawet bezmyślność rzek denerwowała, to cóż dopiero – ludzka? (Od razu widać, że nie był taoistą i że tylko w Japonii szukał sojusznika dla Polski, zapomniawszy na śmierć o Chinach.)
No, tak, ale żołnierzowi nie dogodzisz. Szczerze mówiąc żaden krajobraz nie jest odpowiedni do prowadzenia walk. Na pustyni nie ma czym oddychać, w stepie nie sposób się ukryć, las usidla pożarem, a woda zagradza przejście. W mieście za to na strychu każdej kamienicy może czaić się snajper. Jedynie most jest przyjacielem żołnierza. Można nim sforsować rzekę suchą stopą i jeszcze od razu spalić go za sobą, żeby odciąć wrogowi drogę. Ba, spalić! Wprost wysadzić z hukiem!
W Krakowie w czterdziestym piątym też mosty wylatywały w górę jak fontanny. Poszedł! – Most Dębnicki ze swoją wdzięczną, haftowaną drewnianymi krzyżykami barierką, żeby odrodzić się już jako pospolita asfaltowa kładka ogrodzona tak niskimi prętami, że aż dziwić musi niska liczba samobójców tutejszych... I równie niska liczba kompulsywnych neurasteników, którzy by całymi dniami liczyli pręty tam i z powrotem: raz, dwa trzy, cztery..., pięćset dwadzieścia siedem..., osiemset czterdzieści pięć...
W Krakowie w czterdziestym piątym poszło! – także środkowe przęsło mostu u wylotu Starowiślnej, zwanego Trzecim. Jedno ciężkie westchnienie do nieba i Wielki Plusk. Przeminęło z krą.
Nie, nie całkiem przeminęło, bo w czterdziestym ósmym, w szlachetnym szale naprawiania tego, co zniszczyli inni, odbudowano Trzeci Most Krakowski.
I znów, jak wtedy w tysiąc dziewięćset dwunastym, spiczasto zakończone przęsło niczym drżąca ręka szukająca w ciemności drugiej, równie drżącej ręki, dotarło do celu. Zgrzyt, szczęk, jakby wielki klucz przekręcił się w jeszcze większym zamku i najładniejszy most w historii tego miasta ponownie zapiął się klamrą na mysim warkoczu Wisły.
Jak piękny był ten most, zobaczyć można na przedwojennych fotografiach. Z bliska, gdy pokazuje swoje misterne wieżyczki, maleńkie jak cebulki koktajlowe nabite na ostrza mieszadełek. I z daleka, kiedy eksponuje całą swą genialną symetrię – pierwsze przęsło wznosi się lekko wklęsłym łukiem ku wieżyczkom, wspina po koronkowych kolumienkach, łagodnie jak gama mollowa, żeby zaraz, równie gładko, opaść po tych samych nostalgicznych bemolach i krzyżykach. A potem jakby nie dość było rozkoszy, powtórzyć się w perspektywie dalekim echem drugiego, identycznego przęsła. Realizując przy okazji, mimochodem, najkrótsza teorię architektury – spostrzeżenie Goethego, że jest ona „zamrożoną muzyką”.
Nasyćmy oczy zimową fotografią ucukrowanej melancholii Trzeciego Mostu, bo zaraz zdarzy się nowe nieszczęście. W okropnym roku siedemdziesiątym pierwszym – roku śmierci mojego dziadka – jacyś miejscowi barbarzyńcy, jakieś herbertowskie „łobuzy od historii”, słowem, mówiąc bez ogródek, banda partyjnych tłuków peerelowskich zwanych wtedy eufemistycznie „decydentami” zamiast po prostu: palantami (uwaga! muszę się wyrzygać; zaraz wracam; no, już mi lepiej...) kazała rozebrać najładniejszy most w mieście. Słyszycie? ROZEBRAĆ! Nie z rusztowań po odnowie, nie z kurzu, nie ze śniegu, ale całkiem – do cna, do dna, do pustki, do próżni, do leśmianowskiej nicości, co „kłami połyska, zła i szczera...”
Na jego miejscu postawiono betonową kładkę. Już znamy tę melodię, która tak się ma do tamtej jak „kotlety” do „Poème” Chaussona. Licz pręty, niedorozwinięty: raz, dwa, trzy, cztery..., pięćset dwadzieścia siedem..., osiemset czterdzieści pięć...
Najgorsze, że wcale nie pamiętam tamtego mostu.
Mówią, że historia jest nauczycielką.
Ja widzę ją raczej w postaci woźnej ze szkoły podstawowej nr 80 w Nowej Hucie – karczemnej czarownicy, która sprzedawała precle trzymane w oszklonej budce na kołach, a w wolnych chwilach próbowała nas zdzielać po plecach zakrzywionym prętem służącym widać nie tylko do wydobywania obwarzanków. I czasem jej się to udawało, a co więcej – uchodziło bezkarnie.
Gdzie byłeś, Marszałku, kiedy wstrętna woźna pakowała nas wszystkich na pięćdziesiąt lat do swojej oszklonej gabloty, aby potem wystawiać na pośmiewisko świata, od czasu do czasu dźgając prętem na oślep, żeby wzbudzić pocieszny kwik i zamęt. Gdzie byłeś , gdy nas wywożono na peryferie czasu, gdzie nawet pieprz nie rośnie, tylko: małość, bezduszność, szarość i smród?
Czy pod kamienną płytą, nakryty rogatywką Wawelu z buńczucznie zadartymi pawimi piórami dzwonnic, raniłeś pięści od spodu o kamień aż na dobre roztarły się w proch? Czy raczej, z podobnym skutkiem tylko zacierałeś ręce, mrucząc pod byłym nosem: „A nie mówiłem? Dobrze wam tak!”
Dobrze nam tak. Nawet miłość mojego dziadka do Ukochanego Naczelnika miała pewne skazy i niestety, chwilami, przypominała miłość świętego Piotra do Jezusa: Nim pierwszy kur zapieje, trzykroć się mnie zaprzesz...
Trochę tu oczywiście przesadzam i krzywdzę dziadka Józefa, który nigdy nie zaparł się swojego Marszałka. Tyle że na wszelki wypadek nie mówił o nim głośno, mając na względzie przede wszystkim mnie i moją reputację w szkole. Mówił więc o nim zawsze i tylko szeptem, do tego trwożnie rozglądając się na boki. Jego wodnistobłękitne oczy napełniały się przy tym zaraz łzami, powieki czerwieniały i dziadzio nerwowym ruchem sięgał do kieszeni po chusteczkę. Kilka przezroczystych kropel, które utoczył z głębin ciała było ofiarą, na jaką zawsze potrafił się zdobyć dla Miłego Wodza.
Szeptane jak modlitwy, krótkie, strzeliste akty politycznej ekstazy kończył zawsze wytrąbieniem patriotycznie orlego nosa w chusteczkę oraz udzieleniem mi surowego zakazu wspominania nazwiska Piłsudski. Gdziekolwiek, a zwłaszcza w klasie. Podobnym zakazem objęte było jeszcze słowo „Katyń” i wiadomość, że „sowieci”, jak zawsze nazywał Rosjan, wymordowali tam tysiące polskich oficerów. I to podstępnie, strzałem „w tył głowy”.
Bo sowieci – mawiał, rzecz jasna, szeptem - są stokroć gorsi od Niemców. Zachodzą cię od tyłu i zabijają znienacka, podczas, gdy Niemcy atakują honorowo, patrząc ci prosto w oczy. Tak było właśnie 17 września. I o tym też nie wolno ci nigdy wspominać pod żadnym pozorem.
Co było 17 września, żebym wiedziała, o czym mam nigdy nie wspominać?
Niemcy nadeszli z przodu, a Rosjanie z tyłu i wbili nam nóż w plecy.
Niezupełnie to wówczas rozumiałam. Przecież gdyby tylko Polacy odwrócili się w przeciwną stronę, mieliby Rosjan z przodu, a Niemców za plecami. Nie potrafiłam się też zdecydować, co gorsze – czy chciałabym być zabita z zaskoczenia, czy po wcześniejszej hucznej zapowiedzi. A im bardziej o tym myślałam, tym częściej dochodziłam do wniosku, że niekoniecznie chciałabym wiedzieć, kiedy przestanę żyć, nawet gdyby to miało nastąpić za kilka lat, a cóż dopiero – zaraz.
Cóż, jak wszystkie dzieci wychowywane wśród dorosłych, którzy przeszli wojnę, a nawet dwie, żyłam wśród upiorów cudzej przeszłości. Wciąż słyszałam o łapankach i rozwałkach, a potem do tego wszystkiego oglądałam filmy, w których wiecznie jacyś Niemcy strzelali do Polaków albo przechadzali się z groźnymi minami między szpalerami roztrzęsionych chudzielców w pasiakach. W czapkach z trupimi główkami, wysokich buciorach, z rozwścieczonymi psami u nogi, w skórzanych rękawiczkach, uderzając szpicrutą o cholewkę...
A Rosjanie? Czy to możliwe, żeby w ogóle mogli być groźni, skoro ci z telewizji nie szczekali jak Niemcy, ale przeciwnie, mówili z takim słodkim, miękkim, akcentem jak wołynianka babcia Marysia albo druga babcia, Stasia - lwowianka?
Nie, to wcale nie Rosjanin „wbijający nóż w plecy”, ale pedantyczno-sadystyczny Niemiec był koszmarem z pierwszych zapamiętanych snów. Przykładał mi lufę do skroni i syczał nienaganną polszczyzną:
Zaraz zginiesz.
Na to miałam za każdym razem ten sam sposób. Udawałam, że jestem po jego stronie, a senny koszmar w czarnym mundurze jakoś zawsze się na to nabierał. Wiele wody musiało upłynąć w Wiśle zanim zdążyłam zrozumieć, że w głębokim dzieciństwie notorycznie zdradzałam przez sen ojczyznę. Dużo wody w Wiśle musiało też upłynąć, zanim zrozumiałam, co dziadek Józef miał na myśli. Sęk w tym, że kiedy wreszcie miałam mu ochotę powiedzieć: - Oczywiście, dziadziu, miałeś rację. I z Piłsudskim, i z Rosjanami - to wówczas właśnie już w żaden sposób nie mogłam mu tego powiedzieć.
Dużo wody w Wiśle!
W tej samej rzece, na którą tak naRZEKAł Piłsudski i która teraz, dla mnie, na odmianę skrzy się przymilnie pod jego mostem w tak pogodny dzień.
Ten most jest rzeczywiście najładniejszym mostem w mieście, choć niewiele brakowało, a byłby jak Most Dębnicki i Most na Starowiślnej – asfaltową kładką z prętami, spoza których woda z dobroduszną miną przygląda się małpom ludzkim. Bowiem i on wyleciał w powietrze w czterdziestym piątym.
Miał szczęście Most Piłsudskiego. Został odtworzony dokładnie według przedwojennego projektu warszawskiego budowniczego, Michała Pszenickiego – ze środkowym przęsłem podobnym do szerokich, potężnie wybrzuszonych szyn, pod którymi żelazne podkłady stanęły karnie na sztorc. I taki, szczęśliwie, pozostał do dziś, żebym się nim mogła, nie przesadnie, a jednak do woli, zachwycać. Musiał tylko przetrwać gorsze czasy pod zakamuflowaną nazwą Mostu Podgórskiego. Ale i tak wszyscy wiedzieli i mówili – przez jakiś czas szeptem, potem półgłosem, a wreszcie już całkiem głośno: Most Piłsudskiego. Podobnie, jak wiedziano i mówiono w tym mieście, że „Bohaterów Stalingradu” to „Starowiślna”, „Dzierżyńskiego” to Lea, „18 stycznia” to Królewska, a „Manifestu Lipcowego” to tak naprawdę – też Piłsudskiego.
Tyle, że nikt nie wierzył w ponowną zmianę tabliczek.
Co się tyczy jednak Mostu Piłsudskiego, to był on już dużo wcześniej Mostem Podgórskim. Przybierał też bardziej gorszące imiona – choćby Franciszka Józefa I, młodego cesarza, który po trzech latach dźwigania austro-węgierskiej (a gdzie polska? czeska? słowacka i parę innych?...) korony zjechał do Krakowa w karecie, po czym przesiadł się na konia i pokonał po rycersku modrzewiowy wówczas most na Wiśle dźwigany przez cztery filary i dwa przyczółki z kamienia.
A jeszcze dawniej stał tu most zupełnie inny. Natknął się na niego, wychodząc z miejskiej bramy, pewien podróżny, który w 1791 zanotował, że przeszedł przez most na Wiśle zbudowany z luźnych, wzajemnie połączonych, pływających na wodzie belek.
Wyobraźmy sobie ten stukot i chełbotanie, tę stupięćdziesięciometrową marimbę wodną, ten gigantyczny hydroksylofon, którego jak dotąd nikt nie wynalazł, chyba że jakieś plemię z Konga, czekające wśród bagien na swoje pięć minut w National Geografic Channel!
Cóż to musiał być za duet lub nawet tercet, ba!, koncert na dwoje nóg i fale, choć ręczę, że ci, którzy położyli ów most pontonowy, szczycili się wyłącznie jego praktycznym zastosowaniem. Tym, że można go było zwinąć na zimę, by zrobić miejsce dla pomostu lodowego, a potem znów rozwinąć, gdy tylko przejdą kry i wiosenne powodzie, czyniące z łąk tutejszych jakieś Śniardwy czy Gopło. I znów -zwijać za każdym razem, gdy przepływa statek.
Bardzo to było taoistyczne i zarazem inteligentne podejście do wody, choć taki most nie był najbezpieczniejszym miejscem w czasie wichury ani też nie mógł przerzucać na swoich plecach zbyt wielkich ciężarów. Dlatego też piękne brzmienie przegrać musiało z zachłannością, a inteligencja z potęgą – która bywa silniejsza, rzecz jasna, tylko do czasu.
Du-dum, du-dum, du-dum!
Instrument już nie tak tajemniczy, ale zawsze – jakiś.
Ile wspomnień można zmieścić w minucie, podczas której tramwaj przejeżdża z wolna przez stalowy mosteczek o kratowej konstrukcyjce? Własnych? A do tego jeszcze – cudzych?
Wydawałoby się, że niewiele, ale tylko wówczas, gdy wspomnienia odmierzane są precyzyjnymi myślami. Ja jednak wiem od dawna, że można doświadczać ich wszystkich na raz w jednym gwałtownym olśnieniu i kiedy się wie, co znaczą te błyski, nie potrzeba żadnej mowy wewnętrznej, żadnych monologów, by ujrzeć wszystkie niezbędne obrazy na raz.
Chyba wiem także, co robi Marszałek Piłsudski po nocach w Krypcie Wawelskiej.
Gdzieś około dziewiątej wieczorem, w głębi Nowego Cmentarza Rakowickiego przy ulicy Biskupa Prandoty, na lewo od brzozy, pod jarzębiną, lekko, bez poruszenia jednej grudki żółtej, gliniastej ziemi, duch mojego dziadka odrywa się od znikomych po trzydziestu latach resztek ciała i – jak to miał w zwyczaju jeszcze za życia – idzie na długi, samotny spacer. Mija pętlę tramwajową, przy której drzemią za dnia rozkwitłe bukietami i wieńcami budki i kieruje bezgłośne kroki w stronę miasta. Na małą chwilę przystaje przy rozłożystym gmachu Akademii Ekonomicznej i wspomina warszawskie studia w Szkole Inżynierskiej Wawelberga. Potem przecina Topolową i Lubicz, aż wreszcie - Botaniczną dochodzi do Kopernika. I idzie nią wśród dawnych pałacyków podmiejskich przerobionych na kliniki Collegium Medicum, żałując może, że za życia nie wziął sobie jednej z tych wystrzałowych poniemieckich willi w Polanicy Zdroju, które zaraz po wojnie przyciągnęły tylu obrotnych Polaków, lecz zamiast tego: utknął wraz z rodziną w małym mieszkanku w podłej, krakowskiej dzielnicy.
Skoro jednak dochodzi do Plant, zaraz przestaje żałować. Jeszcze tylko kilkaset kroków obok wznoszących się z prawej wysokich, podszkarpowanych klasztornych murów i już widać – Wawel – z zielonym futrem dzikiego wina, niedbale zwisającym obok Kurzej Stopy.
Dziadek mój wspina się na zamek od strony Bernardyńskiej, przenika drzwi katedry i podłogę krypty, a potem długo gawędzi z Marszałkiem.
O czym?
Ano, o wszystkim po trochu. Choćby o tym, czy Polska dobrze zrobiła pchając się na wojnę iracką albo - jak by tu należało zagłosować w referendum europejskim – za przyłączeniem do Unii, czy przeciw?
A Komendant odpowiada: tak i tak.
Na co mój dziadek znów go zagaduje, czy, dajmy na to, nie należało przed trzydziestym dziewiątym ułożyć się z Hitlerem w sprawie wspólnego wyruszenia na sowiety, a dopiero potem grzecznie sprzymierzyć się z aliantami przeciw Niemcom.
I znów Marszałek mówi: tak i tak.
Czasami żałuję, że nie mam pojęcia, co się kryje za owym: „tak i tak”, choć z drugiej strony, cieszę się, że wiem o tych rozmowach.
Naturalnie, liczę się z insynuacjami, że to czysty wymysł. Duch Marszałka nie może ot, tak, rozmawiać, z pierwszym lepszym duchem jakiegoś pana Józefa, geometry spod Łowicza, który młodość spędził w Warszawie, dojrzałe lata w Horochowie na Wołyniu, a starość w obcym, niegościnnym Krakowie – coraz to bardziej biedniejąc i lądując w końcu w byle jakim ziemnym grobie na Nowych Rakowicach. Nie może, ponieważ ma ważniejsze rozmowy na głowie. Musi obsłużyć i króla Jagiełłę i św.Stanisława ze Szczepanowa, i Juliusza Słowackiego, nie mówiąc o zwalających się co rusz tłumnie kumplach legionowych.
Zgoda! Musi!
Ale z drugiej strony, czy nie po to wymyślono wieczność, aby na wszystko starczyło nam czasu? Aha!
A co do Mostu Piłsudskiego – jego istnienie każdy może sam, naocznie sprawdzić.
Stoi - tam – tutaj – ponieważ małe świnki zwane ludźmi potrafią czasem - choć rzadko - wyciągać wnioski na przyszłość, gdy wilczy oddech historii zmiata im chatki ze słomy a potem z drewna. Niekiedy nawet idą dalej – nie tylko chcą żyć wygodnie i bezpiecznie, ale i zdobić, a wreszcie imponować. Nie czekają na bomby – puszczają w ruch buldożery. Nie czekają na buldożery – rękami rozbierają domy i bez śladu usuwają gruz.
Takie właśnie buldożery przybyły tuż przed ostatnią wojną do miejsca, gdzie ulica Krakowska była od strony rzeki ślepa jak kret. Rzadki wypadek, kiedy ślepemu wybija się oko, żeby przejrzał. W efekcie równie rzadkiego wypadku zbudowania w Krakowie nowego mostu, zburzono parę domów. Nic nie szkodzi, i tak zrobiłyby się zabytkowe dopiero za trzysta lat. Nie dano im dojrzeć do tej chwały, aby w zamian krakowianie mogli dojrzeć Wisłę od strony Krakowskiej, a na niej most wiodący do prawostronnej, biednej dzielnicy zwanej Podgórzem, na której peryferiach - mieszkam.
Podobno pierwszym rezultatem powstania nowego mostu było zburzenie hali targowej tuż za Wisłą. Bo kiedy nagle zrobiło się tak blisko do centrum, handlarze i kupujący stracili ochotę na jakieś-tam peryferyjne transakcje i ich ambicje gwałtownie wzrosły.
A że najbardziej niezaradni poszli z torbami i może nawet zniszczone zostało ze szczętem czyjeś życie, to przecież znów tylko – normalny bieg zdarzeń. A że wraz ze zburzeniem kilku kamienic odebrano tym i owym pretekst do wspomnień...?
To co? Przecież termity nie mają wspomnień i konstruują bardziej skomplikowane, lepiej wentylowane budynki niż ludzie. Czy jednak ktoś płacze nad termitierą, którą zniszczyła ulewa? Najwyżej jakieś sentymentalne dziecko, które przez pomyłkę zamiast na Cartoon Network włączyło sobie telewizor na Animal Planet.
Du-dum, du-dum, du-dum...
STAN NIEWAŻNOŚCI
W latach 1907-1914 wydano w Cambridge czternastotomową „Historię Literatury Europejskiej". Jeśli był to żart – to naprawdę bardzo gruby. Dziś trudno już stwierdzić, czy to humor angielski, czy też po prostu przesadna skrupulatność kazała autorom tej gigantycznej pracy zaliczyć do literatury pisma z takich dziedzin jak: filozofia, ekonomia, polityka, a ponadto: listy prywatne, piosenki uliczne, notatki z podróży, zapiski domowe i przepisy kulinarne.
Serio czy też pół żartem, uświęcono jednak w ten sposób wszelką pisemną wymianę informacji. Tym samym - zdetronizowano klasykę literatury, która odtąd sąsiadować miała z byle pisaniną, niczym arystokratka osadzona w jednej celi z motłochem.
Był to czyn z całą pewnością rewolucyjny. I jak każda rewolucja – proklamujący chaos poprzez zburzenie hierarchii, a więc: porządku.
Mało kto odnotował wówczas powyższe zajście, ale dziś, z perspektywy początku XXI wieku, możemy je śmiało postawić w szeregu kamieni milowych w dziejach tak zwanej antysztuki. Obok, na przykład, wystawienia przez Marcela Duchampa w 1917 roku pisuaru jako rzeźby pod nazwą „Fontanna”. W wielu wzorcowych podręcznikach historii sztuki przeczytamy, że wystąpienie Duchampa było sztandarowym aktem autonomii artystycznej, gdyż odtąd twórca miał prawo podnieść do rangi arcydzieła każdy przedmiot najpodlejszego użytku. Czy jednak naprawdę tylko przedmioty - zwykłe, codzienne, przeciętne, biedne - zostały tu charytatywnie wywyższone by mieć swoje pięć minut w historii sztuki?
Wygląda na to, że przy okazji koronowała się samozwańczo także niezliczona dynastia artystów pozbawionych talentu, których dotąd ratowała tylko przynależność do koterii, okupiona masą obowiązków towarzyskich i koniecznością płaszczenia się przed mocodawcami. Odtąd do sztuki mógł się zapisać pierwszy lepszy przeciętniak, zyskując wreszcie upragnioną pewność, że złoto można już oficjalnie zastąpić tombakiem, bo wygląda podobnie, a jest dużo tańsze.
Zaraz potem upowszechniło się zjawisko zwane „równaniem w dół”. Kiedy bowiem rośnie ranga przeciętności, zawsze wtóruje jej inflacja rzeczy niezwykłych, kunsztownych i rzadkich. Zatem i złoto pozbawione amatorów - gwałtownie staniało.
Takich aktów barbarzyństwa historia kultury zachodniej zna wiele. Pozostawiając muzykologom ocenę efektu artystycznego, możemy zaryzykować umieszczenie wśród nich premiery „Święta Wiosny” Strawińskiego w 1913 roku, podczas której w atmosferze skandalu dokonano publicznego zrównania melodyki i harmoniki z metrorytmiką (czytaj: „hałasem” i czytaj bez wyrzutów sumienia). „Święto wiosny” było zresztą aktem barbarzyństwa całkowicie programowym, wspieranym przez rewolucyjnych krytyków, którzy kontynuowali zabawę przez pokolenia aż do śmiertelnej nudy panującej do dzisiaj na wielu – choć oczywiście nie wszystkich! - koncertach muzyki współczesnej, gdzie wszystko brzmi tak samo, bez względu na to, jak rewelacyjnie prezentują się partytury.
W rzeczywistości więc to właśnie duch równości, a nie: wolności czy oryginalności był ojcem twórczości artystycznej ubiegłego wieku, ale kto w takim razie był... dziadkiem? Duch zemsty miernot? Nie, to tłumaczenie zbyt prostackie. Może więc raczej ewangeliczna cnota, która wywyższa poniżonych?
Ewangeliczny, czy tylko barbarzyński, duch równości tchnął w każdym razie, kędy chciał. Niekiedy nawet w nauce, a ściślej – w jej popularnych interpretacjach. Ledwo z wielkim bólem ujawniona została światu Teoria Ewolucji, a już mówiło się wszędzie z satysfakcją o degradacji człowieka. Z pewnością można na koncepcję Darwina popatrzeć inaczej i ujrzeć poprzez nią w człowieku właśnie szczyt ewolucji istot żywych, ale z jakichś przyczyn wielu korciło bardziej zrównanie ludzi ze zwierzętami pozostającymi w niewoli instynktów. Nie jest to zresztą tylko jakiś dziewiętnastowieczny zabobon scjentystyczny. Darwinizm społeczny jest ciągle w modzie i co najwyżej zmienił nazwę na „socjobiologię” a garnitur pojęć - z instynktów na geny, które też pozbawiają ludzkie istoty wolnej i twórczej woli.
Nie wygląda to wcale na szlachetny panteizm, każący po teilhardowsku doszukiwać się ducha i stwórczej myśli w każdym najmizerniejszym istnieniu – jaszczurce, drzewie, kamieniu przy drodze - lecz coś dokładnie odwrotnego. Ostateczne przepędzenie wszelkich marzeń o sacrum z wszechświata.
Innym idealnym środkiem do utarcia nosa zbyt ambitnie dążącym do prestiżu osobnikom bywała też z całą pewnością psychoanaliza freudowska, której początkowi, skrajni orędownicy chętnie z kolei oddawali ludzki rozum i wolę we władanie niższego – w tym wypadku podświadomości.
Tendencja do degradacji tego, co prestiżowe, szerzyła się również od dawna i w antropologii, w postaci relatywizmu kulturowego promieniującego na politykę. Jest znanym faktem, że na wielu amerykańskich uniwersytetach studia nad kulturami plemiennymi Afryki wyparły kursy języków klasycznych czy historii Europy. Dzięki temu ludność pochodzenia europejskiego zaczęła nabierać kompleksów, które jej się od dawna należały jako pokuta za wyprawy krzyżowe, konkwistę i podboje kolonialne.
W efekcie coraz większą popularność zyskiwał sobie pogląd, że cywilizacja zachodnia nie dokonała niczego poza zniszczeniem natury i obcych sobie kultur, toteż czas by wreszcie opuściła swe uprzywilejowane miejsce.
Doprawdy, skrajni demokraci potrafią być czasem niezrównani. Kopernika z grobu wyciągną, żeby mu podziękować za zdegradowanie Ziemi. Einsteina odznaczą pośmiertnie za zrównanie wszystkich układów odniesienia. Na koniec pogratulują jeszcze fizykom sprowadzenia wszechświata do zbioru identycznych, nierozróżnialnych cząstek. Hurra! Wszyscy jesteśmy elementarni jak cząstki i nikt nie ma prawa zadzierać nosa.
Rzecz jasna nikt jako tako przytomny nie kwestionuje już dziś zasady równości ludzi. Ale czy ta równość słusznie została rozciągnięta na równość idei, poglądów i dzieł? Czy obawiając się dyskryminować nie tracimy ostatecznie zdolności do jakiejkolwiek oceny czegokolwiek?
Nie trzeba być konserwatystą jak Alan Bloom (autor „Umysłu zamkniętego”), żeby mieć podobne wątpliwości. Można podzielać poglądy filozofa-apologety demokracji Karla Poppera (autora m.in.:„Społeczeństwa otwartego”), który propagował równość ludzi wobec historii i utrzymywał, że „żaden człowiek nie jest ważniejszy niż inny” a „przebudzenie się ze snu starego człowieka jest równie ważne jak posiedzenie rządu”.
Wyśniona przez Poppera historia ludzkości musiałaby być niebotycznie rozbudowanym odpowiednikiem wyżej wspomnianej historii literatury z Cambridge. „Historią wszystkich ludzi(...) nadziei, walk, cierpień(...)” i sam filozof doskonale wiedział, że nie zostanie nigdy spisana, w każdym razie nie ręką ludzką.
Warto też pamiętać, że Popper tępił jawnie mętny i nieudolny sposób wyrażania myśli i zakazywał wypowiadania się, zwłaszcza na piśmie, osobom, które nie potrafią wyrażać się „prosto i jasno”. Mimo więc skrajnie demokratycznych poglądów nigdy nie odżegnał się od hierarchii wartości czynów i dzieł.
Czy z tego, że trud każdego z nas powinien zostać jakoś nagrodzony musi więc od razu wynikać, że każde beztalencie powinno mieć swoje pięć minut w sztuce? Lub w razie ograniczonej liczby miejsc – bodaj prawo do wzięcia udziału w losowaniu?
Sztuka – w tym i literatura - to przecież konkurs a nie loteria. Inna rzecz, że skutek jest podobny, bo jedno i drugie kończy się doznaniem zawodu przez większość uczestników.
Idea równości jest stara i piękna. Histeria równości to apokalipsa. Najrówniej będzie na dnie piekieł. Czy dno zostało już osiągnięte, czy dopiero do niego zmierzamy z impetem?
Droga w górę oznacza mozolny wysiłek. W dół się po prostu spada. Kiedy jednak wprowadzamy stan nieważkości, kierunki przestają mieć znaczenie.
Zgodziliśmy się na coś znacznie gorszego. Stan nieważności.
Dla literatury oznacza to, mówiąc trywialnie, że wszelkie wagi zostały tak wytarowane, żeby tygodnik „Życie na gorąco” poświęcony dajmy na to historii księżnej Diany ważył tyle, co komplet dzieł Szekspira. Swoją drogą, czy losy lady Di, zaniedbanej przez królewicza, poszukującej szczęścia w ramionach Maura, nie dzwonią nam w uchu Szekspirem?
Tragiczne dzieje brytyjskiej rodziny królewskiej albo dynastii Kennedych są godne pióra Szekspira, to oczywiste. Możemy być jednak pewni, że się go nie doczekają. W kulturze, podobnie jak w fizyce, obowiązuje bowiem „zasada najmniejszego działania”. Minimalizowania wydatkowanej energii i zmierzania do celu jak najkrótszą drogą. Być może w renesansie i baroku potrzeba było mocnego głosu, bo machiny Gutenberga pracowały nad wyraz leniwie. Od dawna już jednak informacja rozpowszechniana jest mniejszym nakładem pasji i talentu. Kto żyw, wrzucać może swoje brednie do internetu, a czasem nawet do mediów bardziej wymagających. Z drugiej strony Szekspir ma jak w banku, że jego oblicze pojawi się w końcu na europejskich banknotach. Profanacja? Bynajmniej. Już przecież Mozart czy Kopernik, Einstein i inni herosi weny i myśli lądują coraz częściej na gadżetach i opakowaniach. Tak oddajemy im dzisiaj cześć. Trudno i darmo. Zwłaszcza zaś – darmo, bo żyjący twórca z twarzą i nazwiskiem kazałby sobie za coś takiego słono zapłacić. I z całą pewnością nie odmówiłby, jak kiedyś Einstein, udziału w reklamie wyrobów tytoniowych pod nazwą „Cygara względności”. (Ich dym odurza przecież tak słodko...)
Nie powinna nas w każdym razie zbytnio zdziwić ani oburzyć ewentualna reklama, w której wystąpi, dajmy na to Hamlet, dotąd markotny, aż mu Horacjo nie przyniesie paczki cudownych chrupek.
Czy to brzydko wycierać sobie gębę Szekspirem czy ? Kazać mu się szlajać po telewizorach i gazetach? A może to właśnie budujące, że twórcy reklam mają tak dobre pojęcie o erudycji odbiorców?
Podziękujmy Bogu i za to, bo nasze wnuki będą się już odwoływać tylko do klonów Michela Jacksona.
Nieważka i nieważna literatura naszej epoki balastowana jest wyłącznie przez kulturę masową i ginie, jeśli się do niej nie załapie. Jeśli nie doczeka się ekranizacji lub lepiej – od razu wygra casting do reklamy. Jak to się kiedyś udało choćby Sienkiewiczowi-ociec-prać, za którym ruszyłaby chętnie w pościg cała rzesza żyjących pisarzy.
Powiedzmy sobie szczerze. Dziś najczęściej marzą oni tylko o tym, by przeleźć na drugą stronę telewizora w porze największej oglądalności. Na pół minuty, jeśli nie można marzyć o serii zdjęć w kolorowej gazecie. Tu - najlepiej z kochanką młodszą o trzydzieści lat i, nie wiedzieć czemu, koniecznie – na bosaka.
Większość pisarzy żebrze o bodaj szczyptę taniej popularności, choć jest ona tylko wstrętną parodią dawnych wawrzynów. Owszem, pożądają cudownego zrównania z gwiazdą filmową, modelką, prezenterem, keczupem i proszkiem do prania. I czasem, niestety, otrzymują je.
Równocześnie nic ich tak nie podnieca, jak wiadomość, że Tomasz Mann uwodził wzrokiem kelnerów, Mickiewicz cierpiał na kompleks Edypa, Maria Dąbrowska była lesbijką, a Proust szlajał się po burdelach. O tyle przecież powędrują w górę współcześni, o ile klasycy spadną w dół. Jeśli nie da się już zrobić nic z ich dziełami, zabierzmy się do życiorysów. Tu zawsze można się do czegoś dogrzebać.
Czy można sobie wyobrazić bardziej sprawiedliwy rozdział laurów w literaturze niż w wyniku odpowiednich konkursów?
We wzorcowej demokracji ateńskiej były one powszechne, a co więcej w ich szranki wstępowały uznane już sławy. Na przykład osiemdziesięcioletni Sofokles, który na wieść o wygraniu konkursu poetyckiego, umarł z radości. Nie udało mi się jak dotąd dotrzeć do informacji, czy Sofokles brał udział w konkursie anonimowo i dlatego tak się denerwował. Wiem jednak ponad wszelką wątpliwość, że dzisiaj największe laury zdobywa się w konkursach na już opublikowane utwory.
To ogromnie budujące, że niekomercyjny autor może zdobyć tą w miarę uczciwą drogą przyzwoite pieniądze. Jednak, siłą rzeczy, ten typ konkursów odbywa się zgodnie z zaklęciem: idź złoto do złota.
Powiedzmy sobie szczerze, wyłącznie konkurs anonimowy może być całkowicie wiarygodny, ale ludzie są tylko ludźmi. Kto miałby ochotę narazić się środowisku, które uznało raz na zawsze talent Jerzego Pilcha, żeby nagle postawić go poniżej pani Józefy Fąfajło z Podśledzic Dolnych? Nawet, gdyby naprawdę napisała ona książkę, przy której bledną największe arcydzieła XX wieku, jej szansa na zwycięstwo jest z góry przekreślona. Konkursy jawne służą bowiem utrwalaniu istniejącego porządku. Jeśli już ktoś raz zdołał wymknąć się z demokratycznego chaosu i szarości, może być spokojny o jutro. Z pewnością nie spadnie z półki, żeby zrobić miejsce dla motłochu.
Wolimy wprawdzie równość od hierarchii, ale hierarchii stale potrzebujemy by nie oszaleć w chaosie informacji. Jesteśmy do tego zbyt leniwi, by tworzyć hierarchię samodzielnie, z pomocą własnego gustu i smaku. Wolimy ją przyjmować do wierzenia z gazet i ekranów.
Luminarze literatury też są wygodni i ani myślą grać z każdym razem od nowa. Jeszcze raz chodzić do szkoły i brać bolesne lekcje temperowania miłości własnej? To byłoby jak koszmar senny Józia z „Ferdydurke”.
A właściwie coś znacznie gorszego.
Pisarz poważnie traktujący swoje życiowe zadanie od chwili debiutu musi przecież poświęcać dzisiaj więcej czasu na autopromocję niż na twórczość. Czas biegnie coraz szybciej, dziesięć lat to cała epoka, kto byłby tak naiwny, by szukać trwałych wartości i przymierzać się do nich?
Tyle tylko, że uczciwy pisarz zna syndrom białej kartki i lęk, że wypadnie się gorzej od siebie z wczoraj. Wie, że gdzieś, w niebie istnieje sprawiedliwa miara – że wobec niej debiutuje się każdym nowym utworem.
Sądzę więc, że ten kto osiągnął najwyższe laury, z pewnością budzi się czasem w nocy zlany potem, świadomy, że droga ze szczytu wiedzie już tylko w dół. Rankiem zaś trwożnie wygląda przez okno, żeby sprawdzić, czy aby nie jest szanowany tylko za stare zasługi. Korci go, by jak ten król z bajki przebrać się w łachmany i pójść posłuchać, co ludzie gadają za plecami. W efekcie jednak poprawia tylko makijaż i koronę laurowo-cierniową. Próbuje też na różne sposoby zapomnieć, że od dawna tworzy już poza grą czyli – na niby.
Czy można sobie wyobrazić pisarza, który mając „nazwisko”, nagle zmienia je by przekonać się, jak z nim jest naprawdę?
Nie trzeba sobie wyobrażać, bo co najmniej jeden taki wypadek zdarzył się i został odnotowany w historii. Przed laty, we Francji, laureat nagrody Goncourtów, Romain Gary, autor „Obietnicy poranka” i „Korzeni nieba”, przystąpił jeszcze raz do tej samej konkurencji. Opublikował książkę pt. „Życie przed sobą”, w absolutnej tajemnicy, pod nazwiskiem Emile Ajàra. Kiedy z okazji przyznania „Ajàrowi” nagrody Goncourtów rzecz się wyjaśniła, nie było końca owacjom i powszechnej euforii. Takie szarże nie są najwidoczniej na porządku dziennym również w ojczyźnie Balzaca i Prousta. I Tam też, jak wszędzie, tylko gdzieś na dnie serc czai się przekonanie, że właśnie tak powinna wyglądać uczciwa gra w literaturę i równość właściwie pojęta.
Czy nie byłoby cudownie ujrzeć naszych rodzimych, uznanych pisarzy jak pod pseudonimami, wzorem Sofoklesa, biorą udział w konkursach i... wciąż wygrywają?
Zamiast, na przykład ogłaszać w gazetach, że ich nowy tom jest genialny – zanim ktokolwiek go przeczyta, nie licząc wydawcy...
Nie można się dziwić twórcom, że od zarania kariery próbują pomagać losowi wszelkimi możliwymi środkami, pragnąc uniknąć przypadkowości, jaką niesie z sobą anonimowa konkurencja. Tym bardziej, że w Polsce niewiele jest całkowicie anonimowych konkursów o prestiżowym znaczeniu, ba, może nie ma ich wcale, mimo szlachetnych wysiłków ich organizatorów. Urządzają je często prowincjonalne domy kultury na cześć swoich drogich nieboszczyków, nie zawsze znanych szerszemu ogółowi. Trudno się potem zdumiewać, że patronat Alojzego Wańtuły nie sprzyja lansowaniu geniuszy. Kto właściwie i po co miałby wygrywać konkurs jego imienia?
Lepsi patroni także nie czynią wiosny. Na dwudziestej jubileuszowej edycji konkursu imienia Haliny Poświatowskiej wymieniano publicznie zwycięzców wszystkich edycji i nie było wśród nich ani jednego znanego się nazwiska!
Wszyscy najwidoczniej utracili talent, bo znikli jak kamfora, zamieniając się w Stowarzyszenie Umarłych Poetów.
Metody postępowania jurorów znaczących konkursów także dają do myślenia. Mogę przytoczyć przykład pierwszej edycji słynnego i wysoko nagradzanego konkursu Georga Trakla, bo pamiętam tę historię z dwóch notatek w gazetach. Pierwsza anonsowała konkurs i określała warunki udziału. Jednym z nich było żądanie, by wiersze nawiązywały do twórczości patrona. Kiedy konkurs zamknięto, ogłoszono wkrótce z rozbrajającą szczerością, że wprawdzie nikt nie nadesłał wierszy o jakimkolwiek odniesieniu do dzieł Georga Trakla, ale to nic nie szkodzi, wybrano po prostu najlepszego - pana X.
Czy ktoś mniej więcej normalny coś z tego rozumie? Wyobraźmy sobie werdykt jury Konkursu Chopinowskiego: wprawdzie żaden z uczestników nie znał utworów Szopena, ale wygrał ten, kto najładniej zagrał „Tango Milonga”.
Tylko czy analogia jest aby pełna? Naturalnie, że nie. W poezji przecież nie liczy się kunszt tylko talent, ale w takim razie po co w ogóle stawiać poetom jakiekolwiek zadania? Jeszcze, nie daj Boże, zaczęliby czytać, a to mogłoby się skończyć tragiczną utratą samozadowolenia, niezbędnego do uprawiania twórczości na dłuższą metę.
Mimo wszystko ośmielam się twierdzić, że nie fałszowany poeta tym się różni od udawanego, iż potrafi zmierzyć się z podobnym zadaniem za pomocą specjalnie napisanych lub przebudowanych utworów własnych. Włożyć w te utwory i Trakla, i siebie i... zwyciężyć!
O czym tu jednak rozmawiać, jeżeli kwestie warsztatowe zatrzymują się u nas na poziomie limeryków, pisanych na okoliczność imprez nieodległych w swej atmosferze od przysłowiowych imienin cioci.
Gdyby pewnej nocy wylądował na moim balkonie latający spodek, a wychodzący z niego ufoludek zapytał, gdzie tu można wyrobić sobie zdanie o polskim pejzażu literackim, usłyszałby, że raczej nie powinien się opierać na więcej niż przypadkowych wynikach licznych konkursów. Na zielonej głowie ufoludka wylądowałby raczej numer miesięcznika „Znak” z lipca 1998 roku, gdzie opublikowano odpowiedzi wielu polskich krytyków i historyków literatury na pytanie o kryteria oceny dzieła literackiego oraz o najciekawsze zjawiska we współczesnej literaturze polskiej. .
Przeważał w nich ton bardzo ostrożny. Kryteriów nie ma lub być nie powinno.
„Formujemy sądy wartościujące na własny użytek, dla uzasadnienia intymnych wyborów i decyzji, nie bardzo wierząc w potrzebę i możliwość budowania hierarchii uniwersalnych” – napisała Grażyna Borkowska. Parę stron dalej Andrzej Franaszek zauważył: „coraz trudniej znaleźć jednoznaczne kryteria oceny, dzięki którym danemu tekstowi można przyporządkować określenie: wybitny, dobry, mierny”. I przypomniał, że:
Aneta Górnicka-Boratyńska wierzy wprawdzie w istnienie kryteriów, ale stwierdziła, że są one „oczywiście subiektywne i indywidualne”. Z kolei Julian Kornhauser wyznał: „choć ocena należy do niezbywalnych praw krytyka(...) to jednak nie ona stanowi o sensie jego działalności”. A Krzysztof Uniłowski zauważył, że „każdy krytyk piszący z pozycji arbitra popełnia nadużycie”.
Na odmianę Adam Wiedemann rzekł: „Zasadniczo unikam stawiania ocen dziełom, które recenzuję” – i dodał, że „każda książka stwarza własne reguły czytania i wymaga innych kryteriów”. Coraz lepiej, ale na tym nie koniec, bo dopowiedział jeszcze, że „trzeba się sporo natrudzić, aby znaleźć książkę zupełnie bezwartościową”, bo przecież „każda książka może się do czegoś przydać”.
Nic dodać, nic ująć. Festiwal dobroci. Z wypowiedzi przebija duch naszych czasów: pacyfizm, ekologizm, humanitaryzm. Ten i ów nakłania wręcz do uprawiania krytyki z „bezinteresowną miłością”, słowem: do pochylania się nad każdą bzdurą i gniotem z franciszkańską otwartością i benedyktyńską cierpliwością.
Tralalala! Wiadomo przecież, że pisaniny jest za dużo, aby można było z jednakową troską pochylić się nad wszystkim. Toteż, gdy w ankiecie „Znaku” pojawiło się pytanie o konkrety, okazało się, że znów bawimy się w tym samym gronie. Krytycy zamykali oczy i jak z nut, jak za panią matką, jeden za drugim recytowali wiadome nazwiska.
Niepostrzeżenie wracamy do punktu wyjścia. Wszystkie teksty są sobie równe, ale w przyrodzie – a zwłaszcza na „folwarku zwierzęcym” - nic nie ginie. Toteż niektóre teksty są od innych równiejsze. Wprawdzie nie ma kryteriów wartościowania, ale istnieją metody lansowania. Zgodnie z uniwersalnym orwellowskim morałem, tam gdzie hierarchia zostaje sztucznie zniesiona, na jej miejsce pojawia się inna, na ogół dowolna i znacznie gorzej uzasadniona.
W Sodomie polskiej krytyki znalazło się też kilku sprawiedliwych, którzy to rozumieją. Ten sam Krzysztof Uniłowski, który zakazywał krytykowi występować w roli arbitra, o dwa zdania dalej zrobił się szczęśliwie niekonsekwentny i zauważył: „Krytyka literacka istnieje w przestrzeni sporu i poróżnienia, nieustannej konfrontacji z innymi. Zgodny chór pochwał (chór postępujący zwykle za jakimś przewodnikiem) winien budzić niepokój i podejrzenia. Jeśli właśnie tej świadomości brakuje w naszym życiu literackim, to poświadcza to jedynie jego nędzę...” Brawo! Nareszcie parę słów niewygodnej prawdy.
W tę samą stronę poszedł Krzysztof Biedrzycki, mówiąc wprost o „konformizmie środowiskowym” – o tym, że „dylemat: pochwalić czy zaatakować ma częściej charakter taktyczny niż estetyczny”.
Pewnie na tych subtelnych wątpliwościach by się skończyło, gdyby w tym towarzystwie nie pojawił się, zapewne przez niedopatrzenie, ktoś niezależny, żyjący chyba poza środowiskiem polonistycznym. Był to Jerzy Czech, poeta i tłumacz literatury rosyjskiej, który napisał bez ogródek: „polonistyka ma się dobrze(...) wysoki poziom własny do tego stopnia ją zadowala, że poziom literatury zupełnie jej nie obchodzi. Dysponuje niekiedy bardzo subtelnym aparatem badawczym, tyle że skłonna jest stosować go do byle czego.” I dalej, z jeszcze grubszej rury: „Pierwsza lepsza sitwa może dziś pasować na mistrzów, wszystkich zaprzyjaźnionych patałachów.”
A więc nareszcie powiedziano to głośno. W końcu ktoś wstawił nocnik do salonu pełnego oszałamiających kadzideł, dzięki czemu inni, którzy myślą podobnie, nie musieli sobie brudzić rąk.
„Może ktoś, kiedyś, weźmie się do badania, gdzie i jak pochowane zostały w różnych kulturowych obszarach wyrosłe w nich Wielkie Duchy – i czy istnieje w ogóle szansa ich przebudzenia” – pisze jeden ze współczesnych nam Wielkich Duchów, szczęśliwie nie pochowanych, uznanych, wiecznie żywych... A gdyby tak nie wymienić – choć raz – teraz – jego nazwiska...?
Odkryć nieodkrytych – to jedno, trudne, lecz nie całkiem niemożliwe zadanie. A kto zakryje tych, którzy kompromitują literaturę swymi przereklamowanymi nazwiskami, skoro dzięki nonszalancji i indolencji pewnych badaczy zdołali już wydrapać się na Parnas Niepełnosprawnych Muz pod wodzą Apollina na Prozacu? Zawędrować do kanonu, szkoły, tematów maturalnych wypracowań?
O to jednak nie należy się martwić. Szkoła potrafi zohydzić nawet Słowackiego – patrz „Ferdydurke”.
Literatura – nie tylko polska – dziś chyba bardziej niż kiedykolwiek cierpi na te same bolączki, z którymi boryka się wszelka kultura. Przerost demokracji i równanie w dół, a w efekcie - brak uczciwych kryteriów i konkurencji fair play - z pewnością jej nie służą. W tej dżungli trwa naturalnie nieustanne polowanie na pieniądze podatników i granty od sponsorów. Kto pierwszy , ten lepszy. Wygrywa ten, kto zdołał zaprzyjaźnić się z odpowiednimi osobami. Poziom twórczości nie ma już nareszcie najmniejszego znaczenia i nikogo nie obchodzi. Jest to sytuacja wygodna dla wszystkich, z wyjątkiem może ludzi utalentowanych naprawdę, a niedostatecznie sprytnych. To jednak rzadkie wypadki. Większość cieszy się z braku jakiejkolwiek za cokolwiek odpowiedzialności.
Pozwala to uprzywilejowanym dożywotnio tkwić na synekurach, a ich dworom dozgonnie odżywiać się odpadkami z pańskiego stołu. Nie łudźmy się jednak. Przy tak chwiejnych systemach klasyfikacji następne pokolenia wydadzą wyłącznie sezonowych luminarzy kiepskiej jakości. Odpadki także staną się w końcu niezbyt atrakcyjne.
Tyle – proroctw. Naprawdę jednak Armagedon rozgrywa się już na naszych oczach. W księgarniach.
To księgarnia zrównuje wszystko jak cmentarz. Są wspaniałe pomniki, są trawiaste kopczyki, ale to co pod spodem wygląda prędzej czy później tak samo, jak to już zauważył Hamlet bezczeszcząc czaszkę Yorricka.
Współczesna księgarnia naprawdę wygląda tak, jak to zostało przewidziane w „Cambridge History of European Literature” na początku naszego wieku. Jest w niej wszystko. Literatura dla dzieci i młodzieży – przeważnie tłumaczenia – w tym coraz więcej ilustrowanych encyklopedii i albumów tematycznych, coraz mniej odwołań do wyobraźni. Nad wszystkim góruje Harry Potter – postmodernistyczny zlepek najtańszych chwytów baśniowych. Obok, naturalnie, komiksy, do tego gry komputerowe i edukacja obrazkowa na CD-ROMACH.
Owszem, jest i klasyka dla dzieci i dorosłych, co najmniej w dwóch postaciach. Wydania bibliofilskie kupowane dla grzbietu na ozdobę półki i opracowania lektur, żeby uczeń wiedział, co ma myśleć o książce. To zresztą jeszcze wersja ambitna, bo przeciętny uczeń nie czyta lektur tylko bryki, a przepisuje wzory wypracowań, które to pomoce naukowe w szanującej się księgarni zajmują wraz ze ściągami z pięć uginających się stołów.
Jeszcze? Dalej będzie bardzo trudno wiosłować, bo kończy się strumień, a zaczyna ocean. Niekończące się serie powieści sensacyjnych, fantastycznonaukowych i romansów. Nieśmiertelna Agata Christie, Robert Ludlum, Daniele Steel, Barbara Erskine, Orson Scott Card i dziesiątki innych nazwisk z naszym Sapkowskim na czele. Obok nich ci pozornie tylko ambitniejsi jak William Wharton i Jonathan Carroll, czy Paulo Coehlo - wynalazcy książek udających dobre książki, którzy idąc za pierwszym sukcesem sprzedają piątą wodę po własnym kisielu.
I najnowszy wynalazek. Samospełniające się przepowiednie, czyli książki odnoszące sukcesy reklamowe, zanim ktokolwiek je przeczyta. Tu, nowe dzieła uznanych pisarzy, którzy osiągnęli najwyższe laury i - choćby byli tylko nędznym echem dawnych siebie - nie muszą się obawiać krzyku: „król jest nagi”, bowiem nie po to wydawca drogo kupuje ich nazwisko, żeby na nim nie zarobić. I całkiem nowa chała – bestsellery obecne na plakatach wcześniej niż w księgarniach - vide Katarzyna Grochola i jej następczynie – laureatki konkursów na „polską Bridget Jones”. Dziesiąta woda po Joannie Chmielewskiej i ekstrakciki z czasopism kobiecych.
Wreszcie coś, co ludzie czytają chętniej niż głupiutkie powieścidełka. Dokumenty – reportaże i biografie, cieszące się powodzeniem rosnącej gwałtownie grupy czytelników, dla których fikcja jest nie do zniesienia, od kiedy w niej żyją. Ten typ literatury co bardziej leniwym czytelnikom zastępują zresztą z powodzeniem kolorowe magazyny z opowieściami z życia znanych postaci. Pseudodokumentalna fikcja - o czym czytelnik nie wie i wiedzieć nie chce.
Duże księgarnie mają i takie gazety, i wcale się tego nie wstydzą. Mają też cieszącą się niesłychanym popytem literaturę poradniczą – od robienia przetworów na zimę, poprzez porady sercowe, do rozwiązywania dylematów rodzinnych, religijnych i filozoficznych. Wszystko na jednej półce. To właśnie poradniki pseudofilozoficzne zajęły w naszym życiu miejsce Szekspira i Manna, choć sięgają po nie i ci, którzy sto lat temu byliby po prostu analfabetami.
Zresztą, mój Boże. Księgarnia jaka jest, każdy widzi. Jest supermarketem. Kwintesencją równości wszystkich i wszystkiego.
Ten widok działać musi na pisarza oczyszczająco jak sauna. „Kto przeżyje, wolnym będzie, kto umiera, wolnym już.”
SEKS ŚWIĘTY, SEKS PRZEKLĘTY
Nasi przodkowie czcili wielu bogów – męskich, żeńskich i androgynicznych. W mitach rodem z różnych pierwotnych kultur występują z reguły boskie pary małżeńskie, które stwarzają wspólnie rozmaite elementy świata, łącząc się w tym celu w miłosnym akcie. Kosmiczna energia tego aktu stwórczego udzielana była ludziom jako łaska. Otrzymywali ją od niebios naśladując zachowanie swych bogów. Akt seksualny był modlitwą i ofiarą. Wyrażał jedność człowieka z naturą a zarazem miał wyraźnie sakralny charakter.
Traktowanie współżycia płciowego z nabożeństwem i czcią nie skończyło się bynajmniej z nadejściem pierwszych cywilizacji. Ich świątynie stały się miejscem erotycznych obrządków. Na starożytnych kapłanach często spoczywał miły obowiązek rozdziewiczania świeżo poślubionych mężatek. W Mezopotamii każda dziewczyna przed wyjściem za mąż wędrowała do świętego gaju, aby tam – nie sobie a muzom bynajmniej, ale na cześć lokalnej bogini – odbyć z cudzoziemcem stosunek za pieniądze. Podobny rodzaj prostytucji sakralne – ku czci Izydy – znała cywilizacja egipska. Wiemy o tym od samego Herodota, który ponadto rozpowszechnił wiadomość, że Cheops wystawił swą piramidę za pieniądze, które jego córki zarobiły na prostytucji. Jeśli nie było w tym przesady, to faraonówny musiały się nieźle cenić, w przeliczeniu, oczywiście, na wartość ówczesną siły roboczej.
Nie był to bynajmniej odosobniony przypadek stręczycielstwa w wydaniu rodzicielskim. Znani z żyłki kupieckiej Fenicjanie handlowali wdziękami swych córek w świątyniach Astarte. W Biblii znajdujemy wzmiankę o tym, że do rangi kapłanek tej bogini podniósł prostytutki sam król Salomon.
Powszechna wiara, że każde połączenie – nawet obcych sobie – kobiety i mężczyzny ma w sobie potencjał świętości, doprowadziła do powstania ksiąg zawierających wyszukane przepisy osiągania rozkoszy. Najpopularniejsza z nich to „Kamasutra” – święta księga hinduska wskazująca drogę ku zbawieniu poprzez gry i spełnienia miłosne. Mniej znane, ale równie bogate są zalecenia chińskiej religii tao. Według niej w ogóle nie ma we Wszechświecie rzeczy ani zjawisk bezpłciowych. Wszystko, co istnieje, począwszy od żywiołów przyrody, a skończywszy na potrawach, posiada żeński znak „jin” albo męski „jang”. Kiedy mężczyzna spółkuje z kobietą, jest to zawsze wydarzenie na skalę kosmiczną. Stosując przy tym odpowiednie techniki, są w stanie skupiać energię Wszechświata jak soczewki. Powtarzanie aktu miłosnego z zachowaniem reguł sztuki, jest tym co w istotny sposób przyczynia się do budowania krok po kroku nieśmiertelnej duszy w śmiertelnym ciele. Dusza owa bowiem nie jest nam dana wraz z urodzeniem. Musimy sobie na nią dopiero zasłużyć – przez miłość, który to motyw w Europie pojawia się także – miedzy innymi w „Małej Syrenie” Andersena.
Im bliżej naszych czasów – tym mniej w miłosnych zmaganiach tajemnicy i świętości. Nasza pogańska matka – cywilizacja starożytnej Grecji – zna wprawdzie bogów, którzy nieustannie oddają się miłosnym igraszkom, ale ci bawią się już dość egoistycznie, nie mając na uwadze zbawienia Wszechświata. Znany z imponującej liczby podbojów boski donżuan Zeus nigdy nie usprawiedliwia swego temperamentu wyższymi celami. Przeciwnie, musi się ciągle kamuflować, przybierając postać łabędzia lub złotego deszczu, by jego wybranki zachowywały komfort przyzwoitości, no i przypadkiem nie dały dyla przed czasem. Musi też co rusz to gęsto się tłumaczyć przed boska małżonką Herą, która nie akceptuje poligamii pod żadną postacią.
Z kolei słynne orgie ku czci Dionizosa okryte są mocno przesadzona sławą. Nigdy erotyzm nie był ich głównym motywem, być może dlatego, że bachantki w korowodach boga wina, zachowywały się nadto ekscentrycznie, nawet jak na pojęcia swoich czasów, dość jednak przeestetyzowanych. Tańczyły bowiem przy dźwiękach fletów ubrane w skóry, objadały się surowym mięsem, karmiły piersią koźlęta, wilczęta i młode niedźwiadki, słowem czyniły wszystko by odstręczyć od siebie Greków tak czułych na punkcie dobrego smaku.
Ujarzmić bestię.
Tradycyjnie, nawet religie uświęcające czy tylko tolerujące seksualne pożycie miały swoich ascetów, którzy w dążeniu do doskonałości wyrzekali się ziemskich rozkoszy. Wyrzeczenie to osiągało swój szczyt, gdy mężczyzna składał w ofierze bogom swoje genitalia. Tą drogą w czasach chrześcijańskich poszedł Orygenes, jednak okazała się ona ślepą uliczką. Kościół poczytuje mu to do dziś jako zbytnie ułatwienie sobie zadania i obiecuje nigdy nie zaliczyć go w poczet świętych. Tak czy owak zwyczaj ofiarnej kastracji złagodzono już w przedchrześcijańskich czasach i zastąpiono ofiarę ludzką symboliczną ofiarą z męskości byków, których przeznaczeniem i tak było prędzej czy później zostać wołami.
Niemniej jednak asceci wszechczasów prześcigali się w umartwieniach. O ascetach indyjskich mówiło się poetycko, że „chodzą przepasani wiatrem” czyli po prostu nago, co jednak było wyrazem świętości a nie abnegacji czy nieprzyzwoitości. Wyrzeczenie pustelników osiągnęło absolutne szczyty w dżinizmie, którego przedstawiciele odznaczają się po dziś dzień wyrafinowanymi objawami szacunku nie tylko dla żywych istot, ale i dla wszystkiego, co istnieje. Najwyższym wyrazem tego szacunku i tkliwości jest zaprzestanie jedzenia, które, jeśli jest konsekwentne, może się skończyć tylko w jeden sposób.
Znacznie rozsądniejszymi ascetami okazali się za to Krishna i Gautama Budda, którym umiarkowanie w umartwieniu dało okazję do założenia dwóch wielkich religii – hinduizmu i buddyzmu. Propagowali oni wśród swych wiernych ascezę, która, jak to ujął Mircea Eliade: „Siła, jaką asceta zyskuje odrzucając przyjemność, dalece przewyższa przyjemności, jakich mógłby doświadczyć(...). Dzięki ascezie można osiągnąć boską moc i zagrozić światu.”
Bogowie bywają zazdrośni. Niekoniecznie mają ochotę dzielić się mocą ze śmiertelnikami. Toteż tradycyjnie wodzą ascetów na pokuszenie, czasem nie osobiście lecz z pomocą demonów – by nie brudzić sobie alabastrowych rączek. I szepczą świętym mężom do ucha: „Ta dziewczyna jest piękna – ten eliksir powstrzyma starość i śmierć. Zaiste Faust jest starszy niż Goethe.
Eliade podkreśla, jak bardzo ściśle są z sobą splecione w indyjskiej myśli asceza i seks. Nic tak nie ułatwia gromadzenia energii seksualnej jak właśnie długotrwałe wyrzeczenie. Potem, energii tej można dać stosowny upust – najlepiej z prostytutką. Jedną z tych pobożnych, mało wymagających kobiet, które wiernie towarzyszą hinduskim ascetom w ich drodze do zbawienia.
Tak czy owak, w większości kultur i cywilizacji czystość seksualna nie przedstawiała większej wartości, choć zdarzały się wyjątki od reguł. Do najsłynniejszych należały strażniczki świętego ognia w starożytnym Rzymie – kapłanki Westy. Wybierane spośród sześcioletnich dziewczynek Westalki musiały pozostawać dziewicami przez trzydzieści lat swojej kadencji. Te, które złamały ślub czystości, żywcem zamurowywano (jak widać biedna Barbara Ubryk nie była wynalazkiem ani polskim, ani nowym – zawsze, zawsze karygodnie spóźnieni...). Śmiercią karano także ich kochanków. O ile dali się złapać.
Bliżej ziemi.
Historia ludzkiej seksualności łączy się ściśle z poglądami na instytucję małżeństwa. Ta zaś pozostaje w ścisłym związku z prawem i organizacją państwa, a w jeszcze ściślejszym – z jego ekonomią. Państwa o ustrojach niewolniczych, feudalnych i kapitalistycznych bogate są prywatną własnością rodów. W tym akurat nie ma już nic świętego, przeciwnie, zagadnienie jest aż nadto przyziemne. Nie znaczy to jednak, że ma w sobie cokolwiek naturalnego.
I tak, na przykład, dla podtrzymania dynastycznej władzy i własności, łamano czasem najbardziej naturalne, wszechobowiązujące na świecie tabu kazirodztwa. W wyższych sferach Egiptu, Persji i Babilonii małżeństwa między rodzeństwem były na porządku dziennym, a późniejsza historia mało znała równie spektakularnych przykładów rodowej zachłanności. Co najwyżej, jak w Izraelu, obowiązkiem młodszego brata było poślubić wdowę po starszym bracie.
Najważniejszym celem małżeństwa było, rzecz jasna, zapewnienie potomstwa męskiej głowie rodu. Z tego powodu najstarszy zbiór aktów prawnych, babiloński kodeks Hammurabiego dopuszczał posiadanie więcej niż jednej żony – w przypadku bezdzietności. A dodatkowo pozwalał na posiadanie konkubin. Ponieważ w dziedziczeniu patrylinearnym pewność ojcostwa była sprawą najwyższej wagi, niewierne żony karano w Babilonii śmiercią przez uduszenie lub utopienie w wodzie.
Warto podkreślić, że islam, który w mentalności współczesnego przedstawiciela zachodniej cywilizacji stanowi symbol obyczajowego zacofania, był u swego zarania oazą tolerancji w kwestii wierności kobiet. Legenda głosi, że to sam prorok Mahomet zamienił karę śmierci za kobiecą zdradę na karę chłosty, gdy jego ukochana żona wróciła skruszona po ucieczce z gachem. Ponadto sam był wierny pierwszej, znacznie od siebie starszej żonie aż do jej śmierci. Dodajmy, że ogromnie cenił sobie jej mądre rady i nigdy bez nich nie podejmował strategicznych decyzji. To zresztą mit, że poligamia jest przez islam zalecana – jest co najwyżej dozwolona za zgodą pierwszej żony i ograniczona do czterech kobiet, którym mąż musi bezwzględnie zapewnić utrzymanie.
Na korzyść mahometan należy także zapisać fakt, że tradycyjnie ich małżeństwa opierały się częściej na wzajemnej atrakcyjności niż na łączeniu majątków.
Za to światli starożytni Grecy, którzy hołdowali zwyczajowi zawierania małżeństw w dojrzałym wieku, z dziewczętami mniej więcej piętnastoletnimi wchodzili najczęściej w związki wykalkulowane, scementowane głównie posagiem wniesionym przez pannę młodą. Mężowie odbębniali w nich dziecioróbstwo w sposób karygodnie pobieżny, bo okazywanie żonom pożądania uchodziło za najwyższy dowód braku szacunku – dla niej, a co więcej, dla siebie samego. Uciech wypadało zażywać jedynie z heterami, no i naturalnie, z młodymi chłopcami.
U Rzymian za to przeważał czysty pragmatyzm. Oboje małżonkowie zabawiali się na prawo i lewo, przysparzając ojczyźnie mnóstwa nieślubnych dzieci, które traktowane były tak samo jak potomstwo prawowite.
Rzymianie, twórcy nowoczesnego prawa, , znieśli też formalnie i ostatecznie prostytucję sakralną. W zamian za to upaństwowili i opodatkowali najstarszy zawód świata, by ich imperium mogło czerpać z tej złotej żyły obfite zyski.
Dzieje węża.
Tak pragmatyczne podejście do zagadnień płci nie mogło się podobać Żydom żyjącym w Cesarstwie Rzymskim. Wprawdzie i oni mieli w swoich dziejach okres większej tolerancji dla wielożeństwa, konkubinatu, a nawet prostytucji, ale od czasów mojżeszowych wiedzieli, że cudzołóstwo to grzech. Pamiętali też, że Jahwe zawarł mistyczne małżeństwo z narodem wybranym. Monoteizm i monogamia były więc dla nich nierozłączne.
Co więcej, walcząc z lokalnymi, orgiastycznymi kultami w Kanaan (Mezopotamia), jeszcze za czasów Mojżesza Izraelici postarali się o „usunięcie natury z każdego przejawu boskości” – jak to nazwał Eliade. Pagórki, kamienie, drzewa, źródła i niektóre rośliny uznali za „nieczyste”, bo skalane kultem bóstw płodności. Jak zauważa Eliade, wybitny antropolog i religioznawca posądzany jednakowoż przez niektórych o niejakie sympatie profaszystowskie, dla Żydów „jedynym naprawdę czystym miejscem mogła być tylko pustynia”.
Z religijną tradycją żydowską łączy się też nierozerwalnie pojęcie grzechu pierworodnego. Jedną z początkowych opowieści starotestamentowych jest przecież wygnanie pierwszych rodziców z raju. Co prawda jest tam napisane wyraźnie, że kara spotkała winowajców za nieposłuszeństwo i pychę – za próbę dorównania Bogu w jego wszechwiedzy - ale dość szybko, jak wiemy, zaczęto kojarzyć grzech pierworodny z grzechem seksualnym. Zapewne dlatego, że pierwszym skutkiem grzechu było zawstydzenie się przez Adama i Ewę własnej nagości. Rozumowanie wyjątkowo opaczne. Dokładniejsze rozważenie tego zagadnienia może prowadzić jednak do wniosku, że bezwstydni byli pierwsi rodzice raczej właśnie zanim zgrzeszyli, więc lepiej dajmy pokój temu, w czym nie ma i nie może być logiki, bowiem nie ona rządzi w świecie cudów i klątw.
Dość na tym, że w Starym Testamencie spotykamy inną jeszcze wskazówkę co do podejrzanych właściwości ciała. „Ciało to garstka mułu, którą Bóg ożywił swoim tchnieniem” – mówi Biblia. Czy nie lepiej zatem skupić całą uwagę na tym, co w nas boskie – na duszy? – zamiast dostarczać marnemu ciału ulotnych rozkoszy?
Jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie udzieliło chrześcijaństwo w pierwszych wiekach swego istnienia., przejmując ochoczo spadek po wszystkich kulturach głoszących przewagę ducha nad materią, duszy nad ciałem, ascezy nad przyjemnością.
Jako jeden z pierwszych ruszył do boju wyżej wspomniany Orygenes, który tak nieszczęśliwie pragnął sobie skrócić drogę do świętości. Znacznie ostrożniejszy był Augustyn, biskup Hippony. Chrześcijaństwo zawdzięcza mu udoskonaloną koncepcje grzesznego ciała. Św.Augustyn napisał mianowicie, że „wszelka kopulacja jest złem i nie ma różnicy między stosunkiem małżeńskim a obcowaniem z prostytutką”. Co ciekawe, ten surowy wyrok na seksualizm wydany został przez mężczyznę o bujnej erotycznej przeszłości. W młodości bowiem św. Augustyn prowadził rozwiązły tryb życia, o czym szczerze napisał w „Wyznaniach”. Nawrócił się jednak, porzucając przy tej okazji kobietę, z którą żył przez dziesięć lat i miał z nią syna. Resztę życia spędził na zwalczaniu sekty manichejczyków, do której za młodu należał i której inspiracjom zawdzięczał swój pogardliwy stosunek do cielesności.
Historia św.Augustyna naprowadza nas na jeszcze jeden ważny trop w naszej podróży w głąb historii ludzkiego seksualizmu. Jak się okazuje, głównym bodźcem popychającym Kościół w stronę ducha i czystości była walka z sektami. Manichejczycy, gnostycy, w późnym średniowieczu katarowie, albigensi i wiele innych ruchów odnowy religijnej głosiło wstręt do tego co materialne, ziemskie, cielesne. Prawowierni chrześcijanie nie mogli być mniej doskonali od jakichś odszczepieńców w dążeniu do zbawienia przez czystość i umartwienie.
Z czasem walka z naturalnymi instynktami stała się równoznaczna z wojną przeciw diabłu i demonom, przeradzając się niepostrzeżenie w histeryczną grę zbiorowej wyobraźni. Do akcji w kroczyli poeci, wielcy jak Dante i malarze, wstrząsający jak Bosch.
Zabawa zaczęła się na całego.
Smutne igraszki pod pierzyną?
Gorliwość w dążeniu do zbawienia przez umartwienie, wstręt do własnej fizjologii, chorobliwy lęk przed kobietą, jako istotą pokumaną z diabłem, a nade wszystko augustiańska wizja grzesznego ciała, zaowocowały wielowiekową dyskusją i wprowadzeniem w Kościele w XIw. ostatecznego rozwiązania kwestii cielesnej – celibatu.
Nie była to zupełna nowość. Mnisi i mniszki, wstępując do klasztorów – obok ślubów ubóstwa i posłuszeństwa składali również ślub czystości. Ci jednak dobrowolnie wyrzekali się dla Boga marności tego świata. Inaczej kapłani wczesnego średniowiecza. Żyjąc poza murami klasztornymi i spotykając na co dzień niewiasty, narażeni byli na wielkie pokusy.
Czy nie byłoby bezpieczniej, gdyby mieli żony, które by ich chroniły przed grzechami cięższymi niż prostolinijny seks pod pierzyną? Z takiego założenia wyszli patriarchowie Kościoła wschodniego, którego droga rozeszła się z drogą Kościoła katolickiego właśnie w XI wieku. Po dziś dzień prawosławie wyświęca na kapłanów ludzi żonatych, choć nie pozwala żenić się kapłanom-kawalerom wymaga bezżenności od biskupów.
Eliade sądzi, że bardziej liberalne podejście do naturalnych ludzkich potrzeb bierze się we Wschodnim kościele stąd, że odznacza się on religijnym optymizmem i wielkim zaufaniem do życia. Jego wyznawcy żywią przekonanie, że „cała natura została odkupiona i uświęcona poprzez Krzyż i Zmartwychwstanie.” Głoszą przy tym pogląd, że „człowiek świecki przewyższa mnicha, bo wzorem dla mnicha jest życie anielskie, a człowiek świecki jest pełnym człowiekiem”.
W historii katolicyzmu wiele było momentów, kiedy celibat istniał tylko na papierze. Podczas IV Soboru Laterańskiego papież Innocenty III żalił się, że ma wielu biskupów „zaprzątniętych tylko cielesnymi uciechami” i licznych księży wstępujących mimo zakazu w związki małżeńskie lub publicznie żyjących w konkubinacie.
Kiedy po dziesięciu stuleciach nazywanych hurtowo epoką średniowiecza nastał renesans, pojawiła się w Europie moda na naturalną miłość i kult ciała – zwyczajowo kojarzona z powrotem do korzeni greckich, w rzeczywistości jednak stokroć w swych przejawach bujniejsza niż kiedykolwiek u Greków – idealistów z nieznaczną lecz wyraźną tendencją do tego, co dziś określilibyśmy jako purytanizm. Czołowym przedstawicielem zmysłowego nurtu patrzenia na świat był wenecki poeta, Aretino, wielki przyjaciel Tycjana, który napisał wiele frywolnych opowieści, a swoje credo na temat ciała zawarł w takim o to zdaniu: „Cóż złego w tym, że mężczyzna kładzie się na kobiecie, czy zwierzęta powinny cieszyć się większą wolnością niż ludzie?”
W awangardzie nowego stylu życia znalazł się wówczas papież Juliusz II, który zamówił u Michała Anioła freski do Kaplicy Sykstyńskiej przedstawiające nagie postacie ludzkie i wiele rzeźb nawiązujących do wzorów antycznych. Nieco mniej znany jest fakt, że ten istny papież mecenasów założył w Rzymie lupanar, nie zapominając przy tym o zbawieniu dusz pracującego tam personelu. W dzień odprawiano tam modły, a wieczorem przyjmowano cnych obywateli w zgoła innych celach.
W tych samych frywolnych czasach, kardynał Walencji, późniejszy papież Aleksander II miał z pewną Rzymianką pięcioro nieślubnych dzieci, które podniósł do rangi książęcej. Była to jedna z tych szczęśliwych epok, kiedy nie piętnowano bękartów. Jako jeden z najhuczniejszych ślubów mógł więc przejść do historii ślub syna papieża Pawła III z córką cesarza Karola V.
W roku 1517 Marcin Luter ogłosił się głową nowego kościoła. Wprowadzanie zmian w życie rozpoczął między innymi od zniesienia celibatu i klasztorów. Sam ożenił się z byłą zakonnicą, Katarzyną von Bora, z którą miał sześcioro dzieci. Za przykładem luteranów poszła większość reformowanych kościołów.
Protestantyzm, znosząc celibat i klasztory nie uzdrowił jednak podejścia do seksu i kobiet. Marcin Luter święcie wierzył w diabła i nigdy nie poddawał w wątpliwość konieczności palenia czarownic. Jego kościół wsławił się – w swoim czasie – wyjątkowo represyjnym podejściem do współżycia. Stosunki małżeńskie były złem koniecznym, miały odbywać się pod osłoną nocy, w długich koszulach, pod kołdrą, z pacierzem przed i po. Z tradycji protestanckich wyrośli w XIX wieku wiktorianie i ich przysłowiowa pruderia, która tu i tam dotrwała do naszych czasów.
Tak oto ci, którzy odrzucili papieża, okazali się bardziej papiescy niż on.
Zapomniane przesłanie.
Z naszej perspektywy – z wyżyn demokracji i tolerancji – zza okularów Freuda i Betty Friedan - historia obyczajów prezentuje się niebywale żałośnie. Ileż niepotrzebnego wysiłku włożono w pohamowanie tego, co ani może ani powinno być hamowane prawem i przemocą. Ile ludzi zapłacić musiało cenę nieudanego lub straconego życia by kilku maniaków nasycić mogło chorą żądzę czystości!
W Kościele celibat przetrwał, ale jego zniesienie jest tylko kwestią czasu. Wyobraźmy sobie bowiem papieża i kardynałów od dziecka wychowanych na telewizji i internecie, na Harrym Potterze i Jacquesie Derridzie, którzy upierają się dalej przy bezżenności mężczyzn, pełniących swą misję w zewnętrznym świecie.
Być może potrzeba na to trzydziestu lat, być może stu, ale prędzej czy później ktoś równie otwarty w swoich czasach jak Jan Paweł II w naszych poważy się na rzeczy, o których nie śniło się Innocentemu III czy Piusowi X. Ten ktoś zniesie celibat księży świeckich i zezwoli na kapłaństwo kobiet, podobnie jak uczyniły to inne chrześcijańskie kościoły.
Dziś wygląda to na rewolucję i nie mieści się w głowie konserwatystom. Konserwatyści jutra będą innego zdania. Bowiem i konserwatyści zmieniają poglądy – tyle że wolniej.
Już dziś encykliki papieskie chwalą małżeńską miłość cielesną, przypominając, że Jezus nie potępił ciała i przykazywał Uczniom aby nie opuszczali swych żon. „Skoro tak, to lepiej się nie żenić” – odpowiedzieli apostołowie. Ale był to wniosek, który wyciągnęli na własną rękę.
|
