Stowarzyszenie Pisarzy Polskich

Oddział Kraków
image
image

 STOWARZYSZENIE PISARZY POLSKICH ODDZIAŁ W KRAKOWIE

Zaprasza na wieczór autorski Bogdana Rogatko

Spotkanie prowadzić będzie Pani profesor Gabriela Matuszek – Stec.
Książkę zaprezentują Pan profesor Wojciech Ligęza i Pani Malwina Mus.

Przygotowaną przez autora opowieść o pisarzach, opartą na wybranych fragmentach z „Czasu zbliżeń”, odczytają krakowscy artyści: Grażyna Laszczyk-Frycz i Jakub Kosiniak.

Po spotkaniu Stowarzyszenie i autor zapraszają na mały poczęstunek.

Miejsce i czas:

19 listopada 2015 r., godzina 17.30
SPP Oddział w Krakowie, ul. Kanonicza 7.

Będzie możliwość zakupu książki oraz Nr 5 „Nowej Dekady Krakowskiej”, poświęconej Kornelowi Filipowiczowi – po cenach promocyjnych.

Z uwagi na ograniczona ilość miejsc prosimy o potwierdzenie obecności do 16 listopada: biuro@sppkrakow.pl, 124224773 lub Bogdan.rogatko@gmail.com, 503117917

 

„Bogdan Rogatko jako badacz i krytyk chce przede wszystkim zobaczyć w pisarzach ludzi z krwi i kości, przyłapać ich w domowych pieleszach, w relacji z otoczeniem. Trudno „po ludzku” porozumieć się z twórcą teorii Czystej Formy, z kaskaderką literatury, z Redaktorem. A właśnie kontakt i możliwość porozumienia wyraźnie leży na sercu autorowi zbioru. Sięga więc przede wszystkim po intymistykę – listy, dzienniki, rozmowy, biografie – by wejść w prywatność persony i uchwycić osobę. By zaaranżować „czas zbliżenia”. Zbliża się do naznaczonego traumą wojenną, uwikłanego w skomplikowane relacje z najbliższymi Witkacego; do bezczelnie obnoszącej się ze swoją młodością w obliczu śmierci Haliny Poświatowskiej; do posiadającego swoje silne racje, często determinujące niezrozumiałe dla otoczenia decyzje, Jerzego Giedroycia. W podobny sposób „nawiązuje kontakt” z Julianem Tuwimem, Zofią Nałkowską, Marią Dąbrowską, Markiem Hłaską, Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, Czesławem Miłoszem, Tadeuszem Konwickim i innymi. Wydaje się, że w każdym przypadku powoduje nim analogiczna ciekawość tego, co to znaczy – na co dzień, prywatnie, po ludzku – być pisarzem i tworzyć literaturę. Odpowiedzi na to pytanie implikują rozeznanie w roli, jaka przypada komentatorowi twórczości” (z recenzji Malwiny Mus, „Nowa Dekada Krakowska” 2015, nr 5).

Czytanie na dwa głosy:

Grażyna:

Czas zbliżeń – krótka opowieść o pisarzach, ich stosunku do świata, do Boga, do dziejów, do kraju, do siebie samych.

Na podstawie wybranych fragmentów

[Julian Tuwim] przyjęty został w Polsce Ludowej, gdy w roku 1946 przybił na statku do portu w Gdyni, przez przedstawicieli władzy z rozmachem i szczodrością. Państwo Tuwimowie otrzymali piękne mieszkania w centrum Warszawy, droga do wydawnictw wydawała się otwarta, Borejsza, jakbyśmy dziś powiedzieli, jedyny wówczas w Polsce Ludowej o takich możliwościach menadżer kultury, działający z „błogosławieństwem” Bieruta, roztaczał przed autorem Kwiatów polskich obiecującą przyszłość. 1 listopada pisał Tuwim do siostry: „z powrotu do kraju jestem tak samo szczęśliwy , jak pierwszego dnia”. Jednak na fotografii twarz jadącego otwartą limuzyną Tuwima, ściśniętego obok rozwalonego na siedzeniu Borejszy, pana i władcy polskiej kultury, nie potrafi ukryć przerażenia, mówi coś zupełnie innego. Pamiętamy, jak na twarzy poety malowały się często emocje. Fotografia, która utrwala moment, mówi nieraz więcej niż słowne deklaracje, zapewnienia, postępowanie. Poeta próbujący nagiąć swoją twórczość do wymogów socrealistycznej poetyki, do oczekiwań władzy, pisząc nawet propagandowe utwory, pełen był jednocześnie wątpliwości, rozterek duchowych, wyrzutów sumienia…

Nie udawało mu się zagłuszyć rozpaczy twórcy ogarniętego niemocą.

Kuba:

Po powrocie do kraju nie stworzył właściwie ani jednego wiersza godnego uwagi, który by dorównywał poziomowi jego wcześniejszej twórczości. Nie zdołał nawet dokończyć znakomitych fragmentami Kwiatów polskich. Była to dla niego katastrofa, której nie rekompensowały nawiązywane w środowisku artystycznym znajomości, ani tym bardziej satysfakcja z życia w godnych materialnie warunkach. Czy to właśnie nie był powód jego quasi-samobójczej śmierci – wiedząc, że nie wolno mu alkoholu, w dzień poświąteczny, 27 grudnia 1953 roku, wychylił kilka szybkich wódek w „Kmicicu”, korzystając, że żona wybrała się na zakupy, jak relacjonują towarzyszący mu w kawiarni artyści, a wieczorem wezwane na ratunek do pensjonatu ZAIKS-u, Halamy, pogotowie było już bezradne.

W wierszach dawał wyraz tęsknocie za ogromem przestrzeni, sam uwięziony w czterech ścianach gabinetu, szukał Boga, i miał do niego pretensje, wykazywał religijną żarliwość, by popadać w radykalne zwątpienie. To typowe dla konstrukcji psychicznej Tuwima sprzeczności i dynamicznie następujące zmiany – w nastrojach, przeżyciach, poglądach, stosunku do świata.

Jakie zatem było zakorzenienie poety, skąd przychodził? Matywiecki stawia bodaj jako pierwszy interpretator twórczości-biografii Tuwima tezę, że był on NIE STĄD, jego przypisanie do polskości, związki z żydowskością, miały drugi wymiar, pozaziemski, jeśli tak można określić.

Ze względów oszczędnościowych polecam zgasić światłość wiekuistą…” To ostatnie zdanie poety, zapisane na kawiarnianej serwetce, chyba najcelniejsze w jego pisarstwie po 1946 roku, wieloznaczne, niby żart, aforyzm, przecież kryjący tajemnicze przesłanie dla współczesnych poecie, i potomnych (?), stanowi do dziś zagadkę, inspiruje do różnych interpretacji.

Grażyna:

[Andrzej Bobkowski] był człowiekiem wędrującym, poznającym świat z jednostkowej perspektywy, zachwycającym się urokami świata, ale też trzeźwo oceniał rzeczywistość, szczególnie polityczną, z pesymizmem spoglądał w przyszłość Europy. To człowiek w nieustannym ruchu, nie tylko fizycznym, również intelektualnym i duchowym. Z kart jego dzieł przebija poczucie szczęścia z możliwości podróżowania, w szerokim tego słowa znaczeniu, ten homo viator kipi humorem…

Bowiem świat bez śmiechu, czy uśmiechu, choćby to był „uśmiech z góry”, dyskretny uśmiech arystokraty duchowego, jest dla Bobkowskiego światem obcym, pustym, wyzbytym dobrych namiętności. Śmiech w przekonaniu pisarza ma charakter wspólnotowy, rozbija ortodoksję, jest antyideologiczny. Znamienne, że Bobkowski nazywał siebie „polskim Szwejkiem”, przyrównywał się do Flipa i Flapa. „Człowiek w drodze”, którego spotykamy na kartach dzieł autora Coco de oro, to w interpretacji Macieja Urbanowskiego również metafora człowieka podróżującego w poszukiwaniu siebie samego, w „niezakończonym wysiłku budowania własnej tożsamości”.

Kuba:

Dla Bobkowskiego listy Giedroycia były oknem na świat, z czasem jednak stał się Redaktor jedynym powiernikiem jego zmartwień, kłopotów i wątpliwości. Bobkowski był człowiekiem otwartym, kochał życie, choć dopadała go czasem depresja, zniechęcenie i myśli samobójcze. Na taki nastrój najlepszym lekarstwem okazywała się korespondencja z Giedroyciem, którego dyskretnie artykułowane rady wysoko sobie cenił, podobnie jak jego poglądy. „O, Boże – jak przyjemnie przeczytać taki list od Pana i poczuć, że są jeszcze ludzie, którzy nie tylko chcą zrozumieć, ale i rozumieją, i nie wrzeszczą na każdym kroku <Polska>.”

Bobkowski dzielił się z Giedroyciem wrażeniami z lektur, skarżył się, że odczuwa chwilami rozpaczliwą tęsknotę za ludźmi „Kultury”, planował podróż do Europy, do której nigdy nie doszło. Dopadła go bowiem choroba nieuleczalna, z którą zmagał się bohatersko przez kilka lat. Listy z tego okresu to jakby dziennik tych zmagań. „Czuję do Pana chyba coś więcej niż przyjaźń – pisał w jednym z listów – nie mam nikogo poza Panem, któremu mógłbym wszystko powiedzieć.” I był uczulony na każdą dostrzeżoną przez siebie zmianę tonacji listów Giedroycia, dlatego czasem skarżył się, że odnosi wrażenie pewnego chłodu. A gdy przeczuwał nadchodząca śmierć wyznawał: „Ściskam Pana mocno i do serca tulę (…) bo ja mało ludzi tak kochałem jak Pana”.

Akcenty bardziej osobiste pojawiające się w obfitej korespondencji Giedroycia, która była w istocie prowadzonym przez kilkadziesiąt lat żarliwym dialogiem o programie „Kultury”, o powinnościach pisarza i roli literatury, o miejscu Polski w świecie, to tylko wąski tej korespondencji margines, ocieplający jednak wizerunek jej autorów, należących do najwybitniejszych przedstawicieli polskiej literatury XX wieku.

Jerzy Giedroyc troszczył się też o młodych pisarzy, którzy na emigracji czuli się coraz bardzie zagubieni, a powrót do kraju mieli odcięty. Takim był np. Marek Hłasko

Grażyna:

Listów do matki, zebranych w wydanych w roku 2014 Listach Marka Hłaski, jest najwięcej, obok relacji z bieżących wydarzeń sporo w nich łagodnie formułowanych pretensji, że rzadko pisze lub pisze przede wszystkim o paczkach i pieniądzach, a nie o sobie i mężu, ojczymie, z którym zresztą też nawiązał ciekawą korespondencję, przełamując wcześniejsze uprzedzenia i urazy.

Równie czuły, choć w inny oczywiście sposób, czuły erotycznie, bywał w listach do kobiet. Nie znamy listów do dziewczyny, która była pierwszą, według biografa, i podobno największą, młodzieńczą jeszcze, miłością, jego życia, Hanny Golde, nie darząca go jednak pełną wzajemnością. Od roku 1958, czyli od wyjazdu za granicę, często i obszernie pisze do Agnieszki Osieckiej, traktowanej jako narzeczona, zapewniając ją o trwałym uczuciu, że jest przez niego kochana najbardziej na świecie, o pragnieniu powrotu do kraju i chęci małżeństwa, nawet o pomyśle ślubu na odległość. Miał talent do określeń w rodzaju: „moja Złota, Kruszynko”, „Stworzonko Kochane”, ale bywał też dosadnie dowcipny, gdy opisywał swoje nastroje: „Źle się czuję, marnie śpię, w dzień chodzę jakby mnie byk wyjebał …”. Listy urywają się pod koniec 1959 roku, w sytuacji próby rozeznania możliwości zawarcia ślubu na odległość. Kuba:

Warto zacytować fragment listu Osieckiej, zamieszczonego w biografii, wzruszającego, celnie charakteryzującego młodego pisarza. W czerwcu 1957 r., z Mazur, pisała:

Marek, masz w sobie to najpiękniejsze, co może mieć człowiek – prawdę. Nie chcesz być taki jak świat, w którym żyjesz. Jesteś najodważniejszy z naszego pokolenia, bo widzisz prawdę nawet tam, gdzie to bardzo boli. Jesteś bardzo piękny i bardzo wiele wart.”

Poszukiwanie idei mimo rozczarowań, mimo życia w rozedrganym świecie zachodnim, mimo konieczności podejmowania pracy fizycznej, dla zarobku, doprowadziło go do odzyskania wiary w Boga.

Poczucie ogarniającej Hłaskę pustki dotyczyło też jego pisarstwa. Jak każdego twórcę nachodziły go dni jałowe, gdy spędzał po kilka godzin nad pustką kartką papieru, ale niepokoił się przede wszystkim brakiem wartych literackiego utrwalenia tematów. Bo jakie wielkie tematy można było znaleźć np. w Izraelu? Hłasko jako pisarz nie potrzebował jednak tzw. wielkich tematów, interesowały go międzyludzkie relacje, potrafił pisać o nich interesująco i wymownie. Tyle że pisał zbyt dużo i zbyt często i w kolejnych utworach powtarzał się nie tylko sposób kreacji głównego bohatera, ale również niektóre sytuacje psychologiczne. Ale bez pisania Hłasko żyć by nie mógł, pisanie, podkreślał, to jedyna rzeczywistość, która go bawiła i autentycznie poruszała.

Grażyna:

Cała twórczość, poetycka i prozatorska, Haliny Poświatowskiej wyrastała z biografii, z jej osobistych, często bardzo intymnych doświadczeń. Myślę, że listy były gatunkowo najmniej „literackie”, najwięcej w nich „żywej” poetki, sporo w nich rozważań ogólniejszej, filozoficznej natury, sporo krytycznoliterackich ocen i refleksji, sporo drobnych spraw codziennego życia, które zresztą stanowiły też treść jej wierszy. I jakkolwiek trudno zaprzeczyć literackiej wartości niektórych jej listów, szczególnie tych pisanych do Ireneusza Morawskiego, to listy są jednak przede wszystkim materiałem biograficznym czy wręcz autobiograficznym, i jak każda autobiografia nie są pozbawione żywiołu kreacji i autokreacji.

Kuba:

Czym, jak nie szczerością – pytała autorka Opowieści – ma się bronić przed oskarżycielskim milczeniem, które spotykało ją ze strony Morawskiego. Bo przecież wiedziała, że Ireneusz kochał ją i kocha nadal, ona nie kochała go nigdy, ale był jej bliski jak jej serce, z jego powodu nigdy nie była w rozpaczy, ale podjęła trud opisania ich trudnego, skomplikowanego związku, opisania siebie, czego nie podjęłaby się dla innego mężczyzny. Pisała mu więc o nieustającym strachu przed śmiercią, o nadziei na przeżycie choćby kilku lat dłużej, ale też i o obawie przed życiem z zaleczonym już sercem. Zamykała jednak Opowieść hymnem na cześć życia, co było największą jej miłością, którą tak trudno ująć w słowa, bo czy słowami można jeszcze cokolwiek opowiedzieć?

Poświatowska odrzucała mistycyzm, odrzucała transcendencję, nie uznawała Boga i religii, nie szukała zatem tego typu pocieszeń. Gdy czytała przed śmiercią Biblię, to była prawdopodobnie zafascynowana formą artystyczną, pięknem Pieśni nad Pieśniami, nie religijnymi treściami. Prawdopodobnie, bo któż to może wiedzieć?

Grażyna:

Przez lata byłem pilnym czytelnikiem książek Władysława Terleckiego i niejedną z prawdziwą satysfakcją recenzowałem, odpowiada mi bowiem sposób jego pisarskiej ekspresji. Jest to proza intelektualnie gęsta, pełna sensów i znaczeń emocjonalnego napięcia. Istotne było dla niego poczucie obcości i osamotnienia. To ważne z punktu widzenia filozofii człowieka XX wieku doświadczenie egzystencjalne w późniejszej twórczości Terleckiego wpisane zostało w typową dla polskiej literatury problematykę polityczną, nietypowo jednak ujmowaną.

Nieprzypadkowo cykl utworów historycznych poświęcił pisarz powstaniu styczniowemu, które w dziejach naszego narodu bodaj najmocniej odcisnęło się piętnem klęski i stało się cezurą dwóch epok. Terleckiego interesują ostatnie akordy powstania i jego konsekwencje, mniej natomiast jego geneza i przebieg. Autora Lamentu fascynuje bowiem sytuacja klęski, w całej jej rozciągłości i psychologicznym skomplikowaniu. Jego bohaterowie są ludźmi przegranymi, ale nie zrozpaczonymi, gdyż potrafili zachować to, co w sytuacjach skrajnych okazuje się dla człowieka najważniejsze: wolność wyboru, podejmowanie własnych decyzji, bez ulegania presji środowiskowej czy wręcz społecznej.

Kuba:

Zmagający się z chorobą Terlecki zdążył jeszcze z ostatnią swoją powieścią, Wyspą kata , której nadał moralny wymiar, wymiar duchowego testamentu. Czy mógł Pan, Panie Władysławie, w chwili śmierci przypuszczać, że dzieło Pana po latach nabierze tak przeraźliwie aktualnego sensu, że gdyby dalej istniało w świadomości czytelników, gdyby żyło dzięki nowym wydaniom, byłoby bardziej dobitną niż setki artykułów przestrogą przed uleganiem narodowej tromtadracji, przed tzw. polityką historyczną, wypaczającą głęboki sens naszych dziejów?

Historia i polityka, splecione w nieprzyzwoitym uścisku, przez lata, które minęły od śmierci Pisarza, nie tylko się nie ulotniły, ale wdarły się w nasze życie, drążą kulturę i wypalają nasze sumienia.

Grażyna:

Wiesław Myśliwski był uważany za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli tzw. nurtu chłopskiego. Mówił wprost, że wieś jest jego pierwszym światem, a istnienie w kulturze chłopskiej pierwszym sposobem istnienia. „…Wszystko, co piszę, dzieje się w wielkim świecie mojej małej wsi” – podkreślał. Jednocześnie nigdy nie brnął w artystyczne i ideowe koleiny tego nurtu, nie ulegał kulturowym i społecznym modom, aktualność pozaliterackiej rzeczywistości nie odciskała się w żaden sposób na jego twórczości, zawsze był, rzec można, pisarzem osobnym. I takim pozostał do dnia dzisiejszego.

Z powieści Ostatnie rozdanie wyłania się stopniowo obraz Musilowego człowieka bez właściwości, pozbawionego świadomości, bez określonego jednoznacznie rodowodu, szamoczącego się z poczuciem tożsamości i własnej wartości, człowieka – jak podkreśla sam Myśliwski w udzielanych wywiadach – wbrew pozorom i wątpliwościom czytelników współczesnego, psychicznie rozchwianego, bojącego się odpowiedzialności za życiowe, za egzystencjalne decyzje, sprawdzającego się tylko w życiu zawodowym, w tym wypadku w tzw. biznesie. Brakuje mu oparcia w drugim człowieku, bo sam go, oparcie, odrzuca, brakuje mu punktu stałego. Jedyną stałością okazują się listy Marii, na które nie odpowiada, stanowiące właściwie osnowę powieści, będące pieśnią miłosną śpiewaną z doliny rozpaczy, z potrzeby poczucia bliskości z jedyną w jej życiu osobą, której mogła zawierzyć swoje uczucia.

Ogarniał go jednak lęk przed miłością, chociaż pragnął jej jako najważniejszego uczucia w życiu człowieka. Podobnie było z obrazem, który chciał namalować, którym żył, ale bał się, że nie spełni jego oczekiwań i w końcu rezygnował z jego namalowania. Bo może miał rację Tomasz Mann, że „talent to zdolność do posiadania własnego losu”?

Kuba:

Lektura tej 900-stronicowej książki Olgi Tokarczuk utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest ona najlepsza w dotychczasowej jej twórczości, rozwijającej się z książki na książkę, lepsza nawet od Biegunów, zasłużenie uhonorowanych przez nagrodę Nike, i po ich wydaniu wydawało się, że pisarka osiągnęła już swój szczyt. Księgami Jakubowami wspięła się na wyżyny swych pisarskich możliwości, stale jednak, sądzę, szczyt przed nią.

Nachman Samuel Ben Lewi, postać autentyczna, był rabinem w Busku, to główny, obok Jakuba Franka, bohater w powieści, jest narratorem dużych jej partii i w pewnym sensie alter ego autorki. Ogarnięty pasją pisania prowadzi skrupulatnie notatki, rodzaj dziennika, w którym utrwala słowa Jakuba, jego gadki, jego widzenia, nawet opowiadane przez niego sny. Notatkom nadaje skromnie tytuł „Resztki, czyli o tym, jak ze zmęczenia podróżą powstaje opowieść”. To, jak podkreśla, „resztki, strużyny” po innych ważniejszych pracach. Dla Nachmana stają się one jednak z czasem czynnością najważniejszą, misją jego życia. Tylko, czy da się to wszystko wyrazić w jednej książce – zastanawia się. Te wszystkie szczegóły, bo „każdy szczegół odsyła mnie do innego”. Nie opuszczało go jednak przekonanie, że opowiadanie świata to także jego zmienianie.

Resztki…” nasycone są głęboką refleksją, o Bogu, o cierpieniu, samotności, determinacji w odrzuceniu starych praw, starych obrządków, i tworzeniu nowych. I one też stają się ważną sugestią dla przesłania powieści, wiernej historycznym realiom, ale nowoczesnej w sposobie myślenia o świecie.

Dręczyło go od dawna pytanie, na które nie znajdował on – i wielu innych myślicieli – odpowiedzi: skoro Bóg nas umiłował, to skąd tyle cierpienia na świecie,

Na progu śmierci, opuszczony przez współbraci, lekceważony przez młodych, potrafił zdobyć się na śmiałą w wymowie refleksję:

Podziwialiśmy światło we wszystkim, co istnieje, szliśmy jego tropem po wąskich traktach Podola, przez brody Dniestru, przekraczając Dunaj i przechodząc przez najpilniej strzeżone granice. (…)Wszystkie religie, prawa, księgi i stare zwyczaje już minęły i zwietrzały. Ponieważ wszystko, co było, przychodziło ze strony śmierci. Człowiek mądry zaś będzie patrzył do przodu, przed siebie, poprzez śmierć, jakby była tylko muślinową zasłoną, i stanie po stronie życia”.

Grażyna:

Dużym osiągnięciem Tokarczuk jest umiejętne, nie tendencyjne, przedstawienie drażliwych spraw związanych z konfliktem w obrębie żydowskiej wspólnoty i antysemityzmem katolickiego kościoła. Szczególnie trudne było pokazanie skrajnej wrogości ortodoksyjnych rabinów do sekty frankistów, która głoszona w synagogach doprowadzała nawet do pogromów Jakubowach wyznawców, ale i zemsty frankistów obciążających, choć nie przyznawali się do tego, Żydów o rytualne zabójstwa chrześcijańskich dzieci, co skutkowało szybka reakcją kościoła i skazywaniem Żydów na śmierć.

Pod koniec książki znajdujemy takie oto zdanie: „Bez wątpienia świat zbudowany jest z ciemności. Teraz znajdujemy się po stronie ciemności”. Czy jest to komentarz odautorski, czy refleksja Jenty [ jednej z bohaterek powieści]? W każdym razie wymowa powieści nie jest aż tak pesymistyczna. Pamiętajmy o budzącym nadzieję zakończeniu „Resztek…” Nachmana. Frankiści z trudem znajdowali dla siebie miejsce w chrześcijańskiej wspólnocie, nie mieli też wpływu na religię katolicką, na ogół i przede wszystkim obrzędową, wywierali jednak znaczący wpływ na kulturowy rozwój polskiego społeczeństwa. A szerzej – społeczeństwa europejskiego. Olga Tokarczuk potwierdza w swej powieści, i mocno to akcentuje, że żywioł żydowski obecny był w kulturze polskiej od lat, i obecny jest nadal.

Kuba:

Gustaw Herling-Grudziński, autor wielu znakomitych opowiadań sam, w miarę toczonych z Włodzimierzem Boleckim rozmów, staje się głównym bohaterem swojego opus magnum – zamknięty w swej neapolitańskiej samotni, przeżywający osobiste dramaty i cierpiący niczym trędowaty z Aosty z powodu ostrości widzenia świata, w którym przyszło mu żyć. Broni więc prawa człowieka do wolności i życia w zgodzie z naturą, a jednocześnie – co trafnie zauważył kiedyś Tomasz Burek – mieszkając pod wulkanem zdaje sobie doskonale sprawę z kruchości ludzkiego istnienia.

Pojedyncze istnienia ludzkie mogą w oka mgnieniu zostać starte na proch, nikt jednak nie odbierze nam poczucia wspólnoty z ludzkością – w perspektywie teraźniejszości, przeszłości, ale także przyszłości. Herling nieraz dawał wyraz nadziei, jaką wiąże z młodym pokoleniem, nie obciążonym bagażem wojennych przeżyć i peerelowską mentalnością.
Ale czy utwory Herlinga-Grudzińskiego potrafią jeszcze przemawiać do młodych pokoleń, czy ich niewątpliwa „staroświeckość” nie zostanie potraktowana jako relikt przeszłości godny szacunku, ale nie budzący żywszych emocji? Myślę, że właśnie w dobie życia przyspieszonego, w dobie dominacji techniki i konsumpcji, rozchwiania humanistycznych wartości – pisarstwo autora
Schroniska lunatycznego może okazać się sprawą bardzo poważną.
Nerwowemu, płytkiemu rytmowi życia w cywilizacji technicznej, niekontrolowanemu pędowi świata współczesnego ku „bezbożności” przeciwstawia Herling-Grudziński Pielgrzyma Świętokrzyskiego, o którym legenda ludowa głosi, że co roku posuwa się o ziarnko piasku na szczyt Świętego Krzyża, a gdy tam już dojdzie, nastąpi koniec świata. Legenda ta powinna więc stać się dla nas, i naszych potomnych, przestrogą: nie poruszajmy się zbyt szybko, zwolnijmy rytm życia, poświęćmy czas na refleksję o sobie samych i świecie wokół nas, za nami i przed nami. NIE SPIESZMY SIĘ DO KOŃCA ŚWIATA.